![]() |
autor: Stephanie Lecocq/European Pressphoto Agency |
Otaczający nas świat staje się mało stabilny. Zagrożenie terrorystyczne, eskalacja istniejących i rozpoczęcie nowych konfliktów zbrojnych, tarcia wewnątrz Unii Europejskiej i NATO, a także w kontaktach z krajami ościennymi, radykalizacja społeczeństw i widmo recesji gospodarczej. Jak się w tym wszystkim odnaleźć? W co wierzyć? Co jest realnym problemem a co tylko medialną sensacją?
Mija dokładnie pół roku odkąd
ostatni raz (Superterror nadchodzi) zajmowałem się sytuacją
międzynarodową. Tych kilka kolejnych miesięcy dostarczyło nowych,
cennych informacji, dlatego mogę pokusić się o bardziej
szczegółowe nakreślenie czekających nas wydarzeń. Świat właśnie
zmienia swój dotychczasowy kształt i nie wszystkie zmiany są
spowodowane konfliktami na Bliskim Wschodzie. Spróbuję podsumować
sytuację w kilku różnych krajach, by następnie przyjrzeć się
zagrożeniom i nakreślić jakiś logiczny ciąg wypadków, które
mogą nastąpić w najbliższej przyszłości.
Jednakże zanim przejdę do rzeczy,
chciałbym zwrócić uwagę Czytelnika na pewną istotną kwestię.
Poniższe dywagacje stanowią przemyślenia autora, który:
1) nie pracuje w ośrodkach
analitycznych;
2) nie skończył stosunków
międzynarodowych, arabistyki, bezpieczeństwa narodowego ani
podobnego kierunku studiów i ogólnie nie legitymuje się żadnym
dyplomem, który byłby dowodem odebrania solidnego wykształcenia w
poruszanym temacie;
3) nie jest pracownikiem organizacji
pozarządowych ani jakichkolwiek instytucji państwowych.
Czyli dokładnie tak, jak większość
publicystów i dziennikarzy, dlatego podchodźmy z pewną
zdroworozsądkową rezerwą do czytanych treści. Zawsze w swoich
publikacjach staram się opierać na zweryfikowanych źródłach i
sprawdzonych faktach. Na tej podstawie wysnuwam własne wnioski, z
którymi Czytelnik może się zgodzić lub nie. Stosowne linki do
źródeł załączyłem w tekście. Zachęcam do własnych poszukiwań
i samodzielnych rozmyślań.
Rozdział I: Rozchwianie wewnętrzne państw
1.1 Chory człowiek Europy - Niemcy
![]() |
źródło: AFP |
Z punktu widzenia zwykłej logiki to, co w polityce europejskiej w ostatnim czasie zrobiła Republika Federalna Niemiec pod przewodnictwem Angeli Merkel, jest zupełnie niezrozumiałe. Pojedynczą, mylną decyzję pani kanclerz (WP) można uznać za katastrofalny błąd, bo wydatnie przyczyniła się do zaostrzenia kryzysu imigracyjnego, z jakim mierzy się Europa. Ale dalsze uparte brnięcie w tym kierunku jest niczym więcej, jak przedziwną, państwową autodestrukcją w imię iluzorycznych wartości wyższych. Co gorsza, sprowadza poważne zagrożenie dla stabilności UE i bezpieczeństwa jej obywateli. Niemcy nie tylko podważyły mechanizmy funkcjonowania strefy Schengen (jednego z filarów Unii), ale też tzw. traktat dubliński regulujący sposób przyjmowania uchodźców. A niszczenie fundamentów może doprowadzić do katastrofy nawet najlepszą konstrukcję.
Okazało się, że taktyka kanclerz
Merkel sprowadza się głównie do pudrowania rzeczywistości a nie
rozwiązywania realnych problemów. Wymuszano na innych członkach (WP)
przyjmowanie uchodźców, zamiast zadbać o egzekwowanie unijnego
prawa i unormowanie ich napływu. Kwaterowano imigrantów, gdzie
tylko się dało (Deutsche Welle), nawet wyrzucając z mieszkań komunalnych dotychczasowych lokatorów (Wprost), zamiast odesłać tych, co do których
istniały wątpliwości natury prawnej. Zamiast wyekspediować na
przeciążone granice dodatkowych urzędników i funkcjonariuszy,
którzy umożliwiliby szybszą weryfikację i przyznawanie statusu
uchodźców, wysłano tony jedzenia i ubrań, które były po prostu
wyrzucane na pobocze drogi przez obdarowanych (zbyt wielka ilość
towaru w stosunku do potrzeb - TVN24). Mówiąc wprost, na problem reagowano
zwalczaniem objawów, pomijając przyczyny. Co gorsza, w
zdominowanych przez niemiecką optykę organach unijnych (i naprawdę
nie jest to żadna teoria spiskowa, wystarczy podać przykład
NordStream II) polityka RFN determinowała politykę całej UE.
A gdzie prawo? Gdzie respektowanie
procedur? Najwyraźniej nigdzie, ponieważ przeładowane uchodźcami
państwa graniczne nie były w stanie przetworzyć takiej liczby
osób, a po wezwaniu kanclerz Merkel do przepuszczenia ich dalej, po
prostu porzuciły jakiekolwiek pozory (Rzeczpospolita). Na całą sytuację niezareagowała Komisja Europejska, która przecież tak chętnie strzeże praworządności (najwyraźniej fakt ten nie dotyczy RFN). Receptą na ten narastający
problem miało być solidarne rozdzielenie kwot uchodźców pomiędzy
wszystkie kraje członkowskie UE. Stosowne, zapisane na papierze
liczby miały opanować kryzys - nic bardziej mylnego. Przeciw
takiemu dictum, burzyły się nie tylko inne kraje
europejskie, ale też same niemieckie landy.
Ale czy ich sprzeciw może dziwić?
Przecież nie zadbano o rzeczy najważniejsze: zabezpieczenie granic,
rejestrację przybyłych i odesłanie osób, którym prawo pobytu nie
przysługuje. A popełnione błędy bardzo szybko zaczęły się
mścić. Dzień po nocy sylwestrowej 2015 roku mediami społecznymi
wstrząsnęły doniesienia o masowych gwałtach i napaściach na
kobiety w Kolonii, Stuttgarcie i Hamburgu (łącznie prawie tysiąc
ofiar: ponad 600 w Kolonii, ok. 140 w Hamburgu - TVN24). Sprawcami były
zorganizowane grupy przybyłych z Afryki i Bliskiego Wschodu młodych
mężczyzn. Zdarzenie samo w sobie wysoce bulwersujące. Co gorsze,
niemieckie władze przez trzy kolejne dni zmuszały media do
milczenia na ten temat (TVN24). Nie potwierdzała ich też niemiecka policja,
której zresztą zabroniono określać koloru skóry czy pochodzenia
sprawców w przyjmowanych zgłoszeniach (Deutsche Welle). Takie postępowanie było
oczywistą negacją faktów i trudno uwierzyć, że mogło mieć
miejsce w demokratycznym kraju. A tym bardziej by miało w
czymkolwiek pomóc. Oczywiście, jednym z powodów nałożenia
cenzury była obawa przed samosądami i zamieszkami na tle etnicznym,
ale czemu zapomniano o ochronie ofiar i zapewnieniu porządku
publicznego przez służby?
Te, nie radziły sobie nie tylko z
powodu braku procedur, wewnętrznej cenzury (zgłoszeń gwałtów
systemowo nie łączono, traktując je jako indywidualne przypadki, a
nie zorganizowaną akcję) ale też niedostosowaniem kadrowym.
Okazało się bowiem, że patrole policji złożone z samych kobiet,
były napadane przez muzułmanów i wręcz prowokowały zajścia (Fronda). Nie
wspominając już o tym, że do opanowania grupy, liczącej circa
tysiąc mężczyzn, nie wystarczy kilkudziesięciu policjantów, jacy
zabezpieczali teren sylwestrowej zabawy wokół dworca w Kolonii.
Ukoronowaniem tej połamanej logiki było wydanie post factum
przez rząd federalny ulotek (Onet) informacyjnych z jednej strony
sugerujących europejkom powściągliwość w ubiorze, a z drugiej
informujących nowo przybyłych o standardach obowiązujących w
europejskim społeczeństwie (np: zakaz napastowania, bicia i
poniżania kobiet).
![]() |
fot. PAP |
Tak jakby o przestrzeganiu prawa miała
decydować dobra wola danej jednostki, a nie penalizacja, czy
odstraszający wymiar i nieuchronność kary. Ale nawet abstrahując
od egzekwowania kodeksu, autorzy ulotki zakładają, że takie
zachowania są normą w społeczeństwach muzułmańskich. Sugerują,
że poniżanie i napastowanie kobiet, a w rezultacie publiczne,
zbiorowe gwałty są sprawą zwykłą i dopuszczalną. Otóż nie są
i aż dziw bierze, że można było opublikować coś tak
rasistowskiego. Owszem, zjawisko taharrusz dżama (Onet) nie jest
nowe i pojawiło się w bezpośrednim związku z konserwatyzmem
muzułmańskim, który czyni z seksualności temat tabu. Ale jakie by
nie były jego źródła, taharrusz jest w krajach arabskich
zabroniony. Nie ma więc najmniejszej potrzeby „edukować”
młodych arabów w kwestiach dla nich zupełnie oczywistych (przecież
to nie są idioci!), tylko zadbać o respektowanie prawa. Równie
dobrze można islamistom wręczać książeczki tłumaczące, że w
Europie nie obcina się głów albo nie kamienuje. Oni doskonale o
tym wiedzą i świadomie występują przeciwko tym zasadom. Władze
jednak ten fakt ignorują.
![]() |
Fot. Bundeswehr/Jordan/Bianca Jordan |
A takich niezrozumiałych działań
było więcej. Na przykład, uchodźców (z braku miejsca) zaczęto
kwaterować nie tylko w mieszkaniach komunalnych, ale też na terenie
baz wojskowych (Defence24.pl). W bezpośrednim sąsiedztwie nadal funkcjonujących
instalacji i jednostek. Pokpiono sprawę rejestracji nowo przybyłych,
nie tylko umożliwiając napływ bojowników z Syrii, ale też
pozwalając na zniknięcie ok. 130 000 ludzi, którzy po prostu
rozjechali się po Europie (Dziennik). Bawaria straszyła jednostronnym
zamknięciem granicy z Austrią (TVP Info). Wysłała pod Urząd Kanclerski
Merkel autobus z imigrantami, a sam kanclerz tego landu Horst
Seehofer udał się z wizytą do prezydenta Rosji Władimira Putina (TVP Info),
gdzie skarżył się na politykę imigracyjną swojego kraju (sic). W
tym samym czasie służby niemieckie cudem udaremniły zamachy na
dworce kolejowe w Monachium czy Alexanderplatz w Berlinie (Polsat News). To musiało
mieć swoje przełożenie na nastroje społeczne. Populistyczna,
antyimigrancka partia Alternative für Deutschland zdobyła w
marcowych wyborach w 2016 roku do trzech niemieckich Landtagów od
12,4 do 24,2 % głosów, co było sensacyjnym rezultatem (Ośrodek Studiów Wschodnich).
Wydaje się,
że dopiero to wydarzenie skłoniło władze do zmiany retoryki. Szef
Urzędu Ochrony Konstytucji przyznał, że państwo popełniło duży
błąd, nie doceniając ISIS, w związku z czym należy liczyć się
z realnym zagrożeniem zamachami terrorystycznymi (Gazeta.pl, Wprost). Do takiej
deklaracji został niejako zmuszony, po tym jak tzw. Daesh wezwał
niemieckich muzułmanów do dokonywania zamachów. Kanclerz Merkel, z
kolei, zdecydowanie wzięła się za negocjacje z Turcją w sprawie
zatrzymania napływu imigrantów. Razem z przewodniczącym Donaldem
Tuskiem i szefem komisji Jeanem Claudem Junckerem robili wszystko, by
autokratyczny, turecki prezydent Recep Tayyip Erdoğan zgodził się
łaskawie przyjąć z powrotem uchodźców, których przecież sam do
Europy wysyła (Polskie Radio). No właśnie, porozumienie jakie zawarto miało
charakter tymczasowy i polegało na czterech punktach:
- Turcja powstrzyma napływ imigrantów i przyjmie z powrotem każdego, kto dotrze do Grecji. Za każdego zawróconego imigranta Unia Europejska przyjmie jednego syryjskiego uchodźcę z obozów pod turecką opieką, ale nie więcej niż 72 000 osób.
- W zamian za to, UE wypłaci Turcji 6 mld euro począwszy od tego roku, aż do kwietnia 2018 roku. W pierwszej fazie negocjacji Turcja miała dostać tylko 3 mld, ale groźbą zerwania rozmów uzyskała podwojenie tej kwoty. Teoretycznie kasa ma pójść na zatrudnienie nowych urzędników i wytworzenie infrastruktury koniecznej do opanowania kryzysu imigracyjnego. Praktycznie nie ma mechanizmów, które skutecznie rozliczą Turcję z wydatków. Równie dobrze zamiast na zakup namiotów prezydent Erdoğan może wydać te pieniądze na nowe czołgi, argumentując, że będą skuteczniejszym narzędziem niż ileś tam brezentowych mieszkadeł.
- Unia Europejska zobowiązuje się do wprowadzenia bezwizowego ruchu z Turcją do czerwca 2016 roku, jeśli ta spełni 72 warunki formalne (ponoć już spełniła połowę).
- Ostatnim punktem, jest wymuszenie przez Turcję wznowienia rozmów na temat akcesji kraju do Unii, m.in. przez otwarcie pięciu rozdziałów negocjacyjnych.
![]() |
fot. AFP / THIERRY CHARLIER
|
Umowa weszła w życie z końcem marca
2016 roku i, faktycznie, z dnia na dzień ograniczyła ona napływ
uchodźców do Europy z Turcji. Stało się tak dlatego, że tureckie
służby przestały ten proceder umożliwiać. Dzisiaj mamy już
całkowitą pewność, że kryzys imigracyjny był podsycany przez
tureckie władze, które zastosowały wyjątkowo perfidny szantaż
wobec Unii. Zresztą, umowa obowiązuje (w chwili pisania tego
artykułu) od miesiąca, a wymieniono do tej pory zaledwie kilkuset
imigrantów. Turcja już stawia kolejne żądania (Telegraph). Krytycy nie
zostawiają na Merkel suchej nitki (PBS). Wyrzucenie kilku miliardów w
błoto i sprzeniewierzenie się wartościom unijnym w imię znikomych
korzyści, to za wiele, nawet dla bardzo tolerancyjnej do tej chwili
prasy. Nie tylko zgodzono się na dalsze negocjacje z krajem
okupującym terytorium innego członka UE (Cypr), dokonującym
eksterminacji ludności cywilnej na swoim terytorium
(południowo-wschodnie prowincje), jawnie zwalczającym wolną prasę
i opozycję (kilkuset aresztowanych, cenzura mediów i Internetu) ale
też otwarto drogę do zniesienia ruchu wizowego! A Turcja stała się
na tyle bezczelna w swoich roszczeniach, że zażądała ukarania
niemieckiego satyryka Jana Boehmermanna, za program w
niemieckiej telewizji, w którym ten naigrywał się z
prezydenta Erdoğana. Mało tego, władze niemieckie przychyliły się
do tego wniosku i wyraziły zgodę na ściganie komika przez
prokuraturę (Polska The Times).
Quo vadis Republiko Federalna Niemiec? Czym spowodowane jest to z uporem forsowane szaleństwo, które doprowadzić może do rozpadu Unii Europejskiej? Czy to jakaś ukryta niemiecka ideologia, która ze zbrodni narodowego socjalizmu, kazała im przejść w fanatyczny pacyfizm - wręcz „pacyszyzm”? Kolejne wynaturzenie?
Jakby nie było, taka polityka
doprowadzi do jeszcze większego chaosu. W ujęciu wewnętrznym,
zagrożeni obywatele nie wierzący w instytucje państwowe zaczną
brać sprawy w swoje ręce (tylko w 2015 roku doszło do 92 podpaleń
ośrodków dla uchodźców, rok wcześniej do sześciu - WP), nastroje
ulegną radykalizacji. Do władzy zaczną dochodzić partie skrajne
(wynik AfD, ale też możliwe rosnące zainteresowanie neonazistowską
NPD). Poczucie zagrożenia i prześladowanie ludności uchodźczej
ułatwią pracę islamskim rekruterom. Zwiększy się przyzwolenie na
działalność terrorystyczną w środowiskach muzułmańskich, przez
co przygotowanie zamachów stanie się łatwiejsze. Pierwsze udane
zamachy doprowadzą do wybuchu społecznego niezadowolenia, a jeśli
połączymy niemiecki ideologiczny fanatyzm z islamskim
fundamentalizmem, trzeba liczyć się z perspektywą (choć dzisiaj
może to brzmieć niewiarygodnie) pogromów ludności napływowej. W
skali europejskiej, postawa Niemiec może doprowadzić do rozpadu
strefy Schengen (kontrole granic wprowadziły np: Dania, Austria i
Francja), wystąpienia z niej Wielkiej Brytanii, rozbicia
solidarności, a w rezultacie destabilizacji całego kontynentu.
Unia podzielona, to unia słaba. Dla
nas, mieszkańców Europy Środkowej, prawdopodobny stanie się
konflikt z Federacją Rosyjską, a więc regularna wojna na wzór tej
na Ukrainie. Oczywiście, wspólnota to nie tylko Niemcy, ale jako
hegemon, który na swoją pozycję pracował przez dziesięciolecia,
ma wciąż głos decydujący. A chętnych do przejęcia przywództwa
nie widać. Bo niby kto? Belgia okazała się państwem niewydolnym
(o czym zaraz), Wielka Brytania prawdopodobnie zrobi „Brexit”, a
skupiona na sobie Francja,zamienia się dość szybko w zamknięte
państwo policyjne (ciągle przedłużany stan wyjątkowy). Ratunkiem
i jedynym rozwiązaniem jest solidarność ojczyzn, czyli
równoprawnych partnerów, o czym mówiło się od lat. Niestety,
przez całe lata projekt ten był blokowany przez sojusz Francji i
Niemiec. A dzisiaj na zmiany może już być za późno. Wystarczy
spojrzeć na Austrię, gdzie wybory prezydenckie właśnie wygrywa*
polityk postnazistowkiej partii FPÖ (tej samej którą niegdyś
prowadził Jörg
Haider). Czy takiej przyszłości chcą też
Niemcy?
(* kandydat skrajnej prawicy Norbert Hofer wygrał pierwszą turę wyborów, ale sensacyjnie przegrał drugą - o 0,3%, z ultra lewicowym politykiem Alexandrem Van der Bellenem).
1.2 Państwo teoretyczne - Belgia
![]() |
autor: GREGOR FISCHER żródło: PAP/EPA |
Ch*j, dupa i kamieni kupa. Ten barwny
cytat z niesławnej rozmowy ministra Sienkiewicza najlepiej
podsumowałby stan belgijskiej państwowości. Nie chodzi nawet o to
zabawne zdarzenie z grudnia 2015 roku, kiedy to znudzeni stanem
wyjątkowym belgijscy wojskowi urządzili sobie orgię z brukselskimi
policjantkami w jednym z tamtejszych komisariatów (TVP Info). Sprawy w Belgii
mają się znacznie gorzej.
Kraj ten w ostatnich latach nie tylko
stał się centrum integracji europejskiej, ale też europejskiego
dżihadu, dając schronienie najbardziej radykalnym islamistom.
Znakomicie opisuje to nieoceniony dr Wojciech Szewko, w swoim
artykule „Wilajat Belgia” (wilajat - to jednostka podziału
administracyjnego w krajach arabskich, coś jak województwo), który
gorąco polecam wszystkim chcącym sprawdzić szczegóły i
prześledzić nitki powiązań. W mojej publikacji temat potraktuję
skrótowo. Belgia stanowi zaplecze europejskiego dżihadu,
nieprzerwanie od kilkunastu lat. Radykałowie indoktrynują, szkolą
i finansują kolejne zastępy terrorystów, a władze nie potrafią
temu zapobiec. Tyle należy wiedzieć.
Dnia 22 marca 2016 roku doszło w
Brukseli do zamachów, w których zginęło 35 osób, a kilkaset
zostało rannych. Ataku dokonały osoby bezpośrednio powiązane z
tymi, które w listopadzie 2015 roku mordowały ludzi w Paryżu.
Służby belgijskie były informowane o takim zagrożeniu m.in. przez
wywiady hiszpański i turecki, a same miały wszelkie podstawy ku
temu, by tym wydarzeniom zapobiec. Nie zrobiły tego, a oto dlaczego.
![]() |
List gończy belgijskiej Police Nationale. |
Po długich poszukiwaniach, w piątek 18 marca 2016 roku
aresztowano poszukiwanego zamachowca z Paryża - Saleha Abdeslama.
Nastąpiło to w mieszkaniu, w brukselskiej dzielnicy Molenbeek
(mateczniku islamistów). Zresztą niedaleko jego rodzinnego domu.
Zatrzymania można było dokonać już kilka miesięcy wcześniej,
ale belgijskie prawo nie pozwalało policji przeprowadzać przeszukań
w godzinach między 22 a 6 rano, przez co zamachowiec mógł w nocy
spokojnie spać w lokalu, a w dzień ukrywać się choćby na ulicach
gęsto zaludnionej dzielnicy (TVN24).
A tam, gdzie prawo nie stanowiło przeszkody, zawiodła
administracja i funkcjonariusze. Uciekający z Paryża terrorysta był
trzykrotnie zatrzymywany przez policję ale nie rozpoznano w nim
poszukiwanego. Jeszcze pod koniec listopada 2015, policja z miasta
Mechelen, złożyła raport o możliwej kryjówce Abdeslama, w
mieszkaniu jego stryja (w tym samym, w którym zatrzymano go pięć
miesięcy później - Deutsche Welle). Z niewiadomych przyczyn dokument nie trafił na
biurko brukselskich śledczych.
Podczas aresztowania Saleha Abdeslama część antyterrorystów i
policjantów zajęta była mierzeniem z broni długiej do okien
okolicznych domów. A to dlatego, że w zdominowanej przez muzułmanów
dzielnicy obawiano się prób odbicia i ataków (zresztą w stronę
policjantów leciały nie tylko wyzwiska, ale i butelki). Zajęci
czym innym funkcjonariusze nie zauważyli tego, co uchwycone zostało
przez kamery telewizyjnej. Nikt z licznie zgromadzonych
antyterrorystów i policjantów nie zwrócił uwagi, jak z nogawki
rannego aresztanta wypada złożony na pół plik kartek, który
odbija się od chodnika i kończy na jezdni przy krawężniku. Plik
nie został zabrany aż do odjazdu służb, a później oczywiście
zaginął.
Aresztowany, mimo że był najbardziej poszukiwanym terrorystą w
Europie, nie został w ogóle przesłuchany przez pierwsze 24
godziny. Kiedy w końcu to zrobiono, wywiad trwał zaledwie godzinę
i nie ponowiono go w następnych dniach (TVN24). W mieszkaniu zatrzymano
jeszcze jednego islamistę oraz znaleziono dowody na obecność
trzeciego (na niego zawarta była umowa najmu). W poniedziałkowy
poranek 21 marca, chcąca się pochwalić policja lekkomyślnie
ujawniła, że zidentyfikowała trzeciego lokatora po odciskach
palców i że prawdopodobnie jest on w posiadaniu materiałów
wybuchowych. Dodano też,
że Abdeslam zamierza współpracować z organami
ścigania. Terroryści, w obawie przed aresztowaniem, zdecydowali się
na natychmiastowe przeprowadzenie zamachów. W rezultacie, 22 marca
bomby eksplodowały na lotnisku Zaventem oraz na stacji metra
Malbeek.
Drugiego zamachu można było jeszcze uniknąć, ponieważ na
wieść o zdarzeniach na lotnisku, władze natychmiast zarządziły
zamknięcie i ewakuację metra. Tyle tylko, że informacja ta nie
dotarła do firmy zarządzającej koleją podziemną. Mniej więcej
po 20 minutach zamachowiec wysadził się na stacji. Gdyby
natychmiast ewakuowano perony i zatrzymano pociągi, ofiar byłoby z
pewnością mniej (Interia).
Większość zatrzymanych i sprawców była już znana policji.
Część z nich została niedawno deportowana, część w przeszłości
odsiadywała wyroki za działalność terrorystyczną (pisałem o tym
w „Superterror nadchodzi” - niska liczba zamachów w latach
2005-2013 to efekt trzymania ekstremistów w więzieniach). Dla
przykładu, Ibrahim Bakraoui został warunkowo zwolniony z więzienia
pod koniec 2014 roku. Odsiadywał wyrok za strzelanie do policjanta z
broni maszynowej. Natychmiast po zwolnieniu wyjechał do Turcji,
gdzie próbował przedostać się do Syrii. Tureckie służby
przechwyciły go na granicy i, z wilczym biletem za próbę
dołączenia do ISIS, odesłały do Holandii. Tam jednak nie
figurował w spisie osób poszukiwanych, a nikomu też nie chciało
się dociekać powodu deportacji, więc go po prostu zwolniono. Facet
wrócił do Belgii, a z powodu otwartych granic żadna lokalna służba
o tym nie wiedziała (WP).
Listę niekompetencji, przeszkód prawnych i administracyjnych
można by mnożyć jeszcze długo i trochę szkoda mi na to miejsca.
Pora więc, na przytoczenie kilku ostatnich faktów i zamknięcie
wątku. Nie zauważyłem, by mówiono o tym w mediach, ale wskutek
prowadzonej od kilku lat redukcji, Belgia praktycznie pozbawiła się
armii. Ta, liczy w tej chwili ogółem 30 174 żołnierzy (stan
na kwiecień 2016), z czego tylko 12 000 służy w wojskach
lądowych. Siły lądowe zaś nie posiadają w czynnej służbie ani
jednego czołgu czy sprzętu ciężkiego, z wyjątkiem ok. 200 wozów
opancerzonych, nadających się do walki w mieście. Podobnie lekko
uzbrojona jest piechota. Gdyby więc, zakładając zupełnie
hipotetycznie, doszło do zbrojnego wystąpienia grup dżihadystów
(dajmy na to nie dziesięciu jak w Paryżu, ale stu), do których to
dołączyłby rozentuzjazmowany tłum, Belgia absolutnie nie byłaby
w stanie temu przeciwdziałać. Po prostu nie posiada żadnych
narzędzi, mogących uporać się z taką sytuacją. Ba, nie
poradziłaby sobie nawet gdyby nie chodziło o zamachy, tylko o
zwyczajne masowe zamieszki na tle religijnym lub rasowym.
To znaczy, gdyby jeszcze wtedy istniała jakakolwiek państwowość,
bo pamiętajmy, że to w tym kraju przez 1,5 roku nie było rządu
(kryzys ten odbił się szerokim echem jako niespotykany w
demokratycznym świecie). Dwa nienawidzące się regiony dążą do
powołania niezależnych bytów państwowych (Waloński i
Flamandzki), a Bruksela najchętniej stałaby się samodzielnym
terytorium. W centrum tego wszystkiego tkwią instytucje unijne,
które bardzo możliwe, staną się kolejnym celem ataków (TVP Info, Gazeta). Kto je
obroni?
To nie wszystkie zagrożenia. Są jeszcze reaktory atomowe,
którymi terroryści się interesują. W mieszkaniu jednego z
zatrzymanych znaleziono nagranie z kamery zamontowanej w miejscu
zamieszkania dyrektora belgijskiej elektrowni atomowej (TVN24).
A
wcześniej, niedługo po brukselskich zamachach, anulowano karty
dostępu kilkunastu pracowników elektrowni. Powodem było
znalezienie ciała jednego z ochroniarzy obiektu, z raną postrzałową
głowy (WP). Jego przepustka zniknęła. W tym kontekście mało
optymistycznie brzmią doniesienia prasowe o rozdaniu tabletek z
jodem kilku milionom obywateli (TVN24).
![]() |
Doel4 - jedna z dwóch elektrowni atomowych w Belgii. Źródło: Wikipedia |
Jak więc tak nieudolnie działające państwo może poradzić
sobie ze zdobywającym coraz większą popularność muzułmańskim
fundamentalizmem? Jak zamknie radykalne meczety i aresztuje
nawołujących do dżihadu propagandzistów? A co jeśli Molenbeek
zechce się zbuntować (co jest raczej pewne, jeśli dojdzie do próby
zamknięcia meczetów)? Kto powstrzyma zamachy? Na razie z pomocą
przychodzą służby innych krajów, w tym Amerykanie, ale co w
sytuacji kiedy ich uwaga zostanie przekierowana gdzie indziej? Kto
wtedy ocali Belgów? Odpowiedź może być tylko jedna - nikt.
1.3 Mit niezwyciężonych Stanów Zjednoczonych
Sympatie polityczne mogą być różne, ale niezależnie od nich
chyba nikt nie neguje faktu, że w wymiarze geopolitycznym, spoiwem
świata, tzw. Zachodu, są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.
Przyzwyczailiśmy się myśleć o tym kraju jak o niezachwianej i
wiecznej potędze, wielkim bracie, który zawsze gotów jest ochronić
swoich sojuszników i ukarać wrogów. Wiele z tego myślenia
zawdzięczamy zresztą Hollywood, burgerom i Coca-Coli, słowem
świadomej propagandzie nazywanej „eksportem demokracji”.
Niemniej, jako Polacy, mamy kilka prawdziwych powodów, by tak
myśleć, żeby przypomnieć chociaż prezydenta Woodrowa Wilsona i
jego 13 punkt planu pokojowego albo Ronalda Reagana i pomoc dla Solidarności. Jednak żadne, nawet najwspanialsze imperium nie trwa
wiecznie. A w USA właśnie nadchodzi przesilenie.
By zrozumieć to co w tej chwili dzieje się Stanach, trzeba
cofnąć się kilka lat wstecz. Wydarzenia ostatniej dekady, w tym
wywołany przez nadmierne zadłużenie obywateli kryzys gospodarczy,
bezrobocie i wieloletnie wojny ekspedycyjne (które nie przyniosły
oczekiwanych rezultatów), odcisnęły swoje piętno na
społeczeństwie amerykańskim. Gdy załamał się rynek
nieruchomości, a rząd federalny zamiast wsadzić prezesów banków
do więzienia, dał im złote spadochrony wykupując nagromadzone
długi, coś się zmieniło (Forbes).
Setki tysięcy ludzi poszło na bruk, a banki, które w pogoni za
zyskiem, z pełną premedytacją doprowadziły do światowego
kryzysu, zamiast kary, otrzymały nagrodę i ocalenie. Amerykański
sen, oparty na praktycznie niczym nieograniczonym kapitalizmie,
zaczął tracić swój powab. Zwłaszcza, że socjalistycznie
nastawiony prezydent Barrack Obama rozbudził w wyborcach nadzieję
na zmianę. Rozbudował i upowszechnił państwowy system opieki
zdrowotnej, wydłużył czas obowiązywania zasiłków dla
bezrobotnych, podniósł kwotę wolną od podatku. Lobbował też
skutecznie na rzecz podniesienia płacy minimalnej. Mimo to, wielu
Amerykanom było bardzo ciężko. Przecież ich dobrobyt opierał się
w głównej mierze na kredytowaniu wszystkiego - od żelazka, przez
rowery, samochody, edukację, na mieszkaniach kończąc. Ten świat i
marzenia z nim związane skończył się razem z pęknięciem bańki
kredytowej. Zostało więc życie w przyczepach i bony do WalMartu
dodawane do skromnych tygodniowych pensji.\
Masowe protesty uliczne z lat 2008-2009 zrodziły ruch społeczny
oburzonych obywateli, kwestionujących dotychczasowy porządek
rzeczy. Początkowo luźny, z czasem stał się zalążkiem różnych
inicjatyw obywatelskich, w tym nowej siły politycznej, tzw. Tea
Party (od „herbatki bostońskiej”).
![]() |
Protest Tea Party pod Kapitolem, rok 2009. |
Niezaznajomionym z tematem tłumaczę. W USA istnieją tylko dwie
partie, republikanie i demokraci. Poza nimi nie było żadnej
liczącej się siły. Ten dualizm to nie tylko wina prawa wyborczego
(w gruncie rzeczy skomplikowanego i zróżnicowanego przez stanową
legislaturę), ale też mentalności wyborców, do tej pory
stroniących od nowości.
Tymczasem Tea Party wprowadziła do Kongresu swoich reprezentantów, co było prawdziwą sensacją, nawet jeśli dokonała
tego za pośrednictwem partii republikańskiej. Sama forma
wprowadzenia swoich ludzi do Kongresu ma mniej istotne znaczenie,
ponieważ w wielu stanach trzeba mieć partyjną afiliację, by
kandydować. Poza tym, światopoglądowo, herbaciarze byli bliżej
republikanów niż demokratów.
Ruch ten naruszył scenę polityczną i pozwolił Amerykanom uwierzyć, że jej przebudowanie jest możliwe. To samo oburzenie i wiara, ale nakierowane już zdecydowanie bardziej liberalnie, pozwoliły wygrać wybory w 2009 roku i objąć urząd prezydenta Barrackowi Obamie. Człowiekowi całkowicie spoza istniejącego układu. W dodatku czarnoskóremu, co miało przecież wymiar symboliczny w kraju, który jako jeden z ostatnich zniósł segregację rasową. Niemniej, jego reelekcja na drugą kadencję to już zasługa polityki socjalnej, o której pisałem wcześniej i kompletnej przebudowy relacji państwo-społeczeństwo. Dla nas wprowadzenie uprawnienia takiego jak ubezpieczenie zdrowotne na czas zmiany lub odejścia z pracy, może wydawać się oczywiste, ale USA to kraj gdzie nadal nie ma płatnego urlopu macierzyńskiego (sic!). Można więc drwić, ale trudno się dziwić, że rozognieni takim „rozdawnictwem” konserwatywni republikanie nazywali Obamę komunistą.
![]() | |
fot. National Journal |
W przeciwieństwie do jego poprzednika, podniósł też rękę na
samowolę banków i próbował ograniczyć skalę zjawiska tzw.
bailoutu, a to musiało się podobać. Amerykanie uwierzyli w
zmianę („Yes we can!” - mówił slogan z wyborów prezydenckich
w 2008 roku).
Barrack Obama rozpoczął też zupełną reorganizację polityki
zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Zmęczone wojnami społeczeństwo
i pusta kasa państwa, a do tego głęboki kryzys gospodarczy
wymagały pilnych zmian w sposobie jej prowadzenia. Poza tym,
wydawało się, że misja walki z terroryzmem jest już skończona i
świat może na powrót stać się miłym i sympatycznym miejscem.
Otrzymana „na zachętę” pokojowa nagroda Nobla, ale też
serdeczne usposobienie prezydenta i dzieciństwo spędzone w
multikulturowym środowisku zdeterminowały jego sposób postrzegania
świata. Prezydent święcie wierzył, że najlepszą drogą do
pokoju jest dialog i możliwie partnerskie relacje ze wszystkimi.
Siła prowadzi zaś tylko do przemocy i nieszczęścia. Szlachetne,
ale naiwne, nieprzystające do dzisiejszych czasów podejście, nad
czym można tylko ubolewać.
To dlatego zignorował pierwsze symptomy budzącego się
rosyjskiego neoimperializmu. W dobrej wierze negocjował traktaty
rozbrojeniowe (Polityka), przy okazji porzucając koncepcję tarczy
antyrakietowej (ku naszemu przerażeniu), choć jeszcze nie ucichły
echa wojny gruzińsko-rosyjskiej z 2008 roku. Zakończył misję
wojskową w Iraku i zredukował tą w Afganistanie, jednocześnie
popierając arabską Wiosnę Ludów. Próbował zacieśnić relację
z Chinami (kosztem Tajwanu), zmieniając punkt ciężkości polityki zagranicznej z Europy na Azję. Rozpoczął rozmowy z Iranem i Kubą,
doprowadzając do zniesienia embargo i wznowienia stosunków
dyplomatycznych z tymi krajami (GP). Stany Zjednoczone ze światowego
policjanta, stały się sympatycznym wujkiem, który choć potężnej
postury, zawsze stara się łagodzić spory dobrym słowem. Zapomniał
tylko, że aby budzić respekt, należy czasem komuś przyłożyć.
Udowodnił tym samym, jak małe ma pojęcie o polityce zagranicznej i
jak bardzo dał się zwieść makiawelizmowi innych.

„demokratyczna opozycja” w Syrii okazała się złożona z islamskich fundamentalistów, którzy wyposażeni w amerykański sprzęt całymi batalionami przechodzili na stronę ISIS i Al-Ka`idy (TVN24, Rzeczpospolita). Pozbawiony amerykańskiego dozoru Irak począł momentalnie chwiać się w posadach. A kiedy czarne hordy kalifatu wkroczyły od północy, szkolone latami (także przez Polaków) irackie wojsko po prostu uciekło, pozostawiając za sobą nowoczesny amerykański sprzęt (np: czołgi M1A1 Abrams - Defence24).
Prawdziwym szokiem, okazała się dopiero rosyjska aneksja Krymu.
Obama długo nie mógł zdecydować się na jakiekolwiek stanowcze
działanie ponad ograniczone i powolne nakładanie coraz to nowych
sankcji gospodarczych. W końcu tyle razy spotykał się z
Miedwiediewem i Putinem, a tu taki numer mu wykręcili. Miękka
odpowiedź USA na rosyjską agresję nie uszła uwadze innych
przywódców i była bardzo pilnie analizowana. Odczytano ją jako
słabość i niepowtarzalną okazję do działania. Długoletni
amerykański sojusznik-Arabia Saudyjska-zaczął niemal całkowicie
jawnie wspierać syryjskich dżihadystów (Defence24). Dogadał się w tym
zresztą z Turcją (członkiem NATO). To z kolei spowodowało, że
Rosja rozpoczęła w Syrii interwencję wojskową, a przy okazji
odmroziła jeszcze wojnę armeńsko-azerską i omal nie wywoła wojny
z Turcją. Okazało się, że, podobnie, w poważaniu dobre relacje z
USA mają Chińczycy, którzy zbudowali sobie bazy wojskowe na
wyspach Morza Południowochińskiego. Faktycznie, dosłownie usypali
wyspy na rafach koralowych. Wyjątkowo agresywna stała się Korea
Północna, doprowadzając nawet do regularnej wymiany ognia
artyleryjskiego ze swoim południowym sąsiadem i, zakazanych przez
ONZ, prób atomowych. Słowem, tłumione od dawna ambicje satrapów
eksplodowały ze zdwojoną siłą. Skutki tej nieprzemyślanej polityki były widoczne dla
wszystkich, także dla amerykańskich obywateli. O ile jeszcze
entuzjazm po likwidacji Usamy ibn Ladina w 2011 roku pozwolił na
uciszenie krytyki, o tyle fala imigrantów zalewająca Europę, z
równoczesnym nasileniem się liczby i intensywności zamachów
terrorystycznych oraz osłabieniem pozycji międzynarodowej, ostudziła
nawet największych zwolenników prezydenckiej geopolityki. Ale to
już Barrackowi Obamie nie może zaszkodzić, ponieważ właśnie
zbliża się koniec jego drugiej ostatniej kadencji. Tu dochodzimy do zasadniczego problemu dnia dzisiejszego.
Stany Zjednoczone w ciągu poprzednich ośmiu lat wyraźnie straciły kontrolę nad tym, co dzieje się w polityce międzynarodowej. Poza postawą prezydenta Obamy, przyczyną było też znaczące zredukowanie obecności militarnej w świecie. Czy komuś się to podoba czy nie, USA były światowym policjantem i mniej lub bardziej udanie moderowały przez to geopolitykę. Pozbawiając się tego statusu, ośmieliły trzymanych dotąd w ryzach lokalnych hegemonów. Pierwsza skorzystała na tym marząca o powrocie Związku Sowieckiego Rosja. Wprowadziła przy tym nowy wymiar konfliktu, tzw. wojnę hybrydową. Ale widzimy też innych pretendentów do władzy praktycznie w każdym zakątku globu, ponieważ raz naruszony porządek rzeczy musi prowadzić do głębokich przeobrażeń.
I to właśnie w tym momencie trafia nam się ktoś taki jak
kandydat na prezydenta Donald Trump. Butny, pewny siebie miliarder.
Typ bezpośredniego i uśmiechniętego człowieka sukcesu, którego
tak uwielbiają Amerykanie. To nic, że Trump zarobił swoje miliony
właśnie na tym, co doprowadziło Amerykanów do ruiny -
eksploatowaniu pracowników, bańce na rynku nieruchomości i
spekulacjach banków. To nic, że jego polityczna interesowność
pozwalała mu od lat wspierać raz demokratów, a raz republikanów.
Być może to właśnie pragmatyzm, pozwolił uwierzyć, że facet
nie jest częścią establishmentu. Zwłaszcza, że populistyczne
hasła jakie głosi, są dokładnie tym co Amerykanie chcą
usłyszeć. Powiedział np. że wyrzuci wszystkich nielegalnych
imigrantów z kraju (czyli ok. 11 mln ludzi) i zbuduje na granicy z
Meksykiem mur, za który kraj ten jeszcze zapłaci (DP24). Jego niewyparzony
język bardzo szybko zdobył mu wrogów zarówno po stronie
republikanów (o których nominację walczy), jak i demokratów.
Trump pozostał jednak niewzruszony. Na groźbę wykluczenia go z
prawa do nominacji oświadczył, że i tak wystartuje, tylko jako
kandydat niezależny. Trump sam sfinansował swoją kampanię, wobec
czego nikomu nie musiał robić uprzejmości. Zwymyślał
dziennikarkę od nieuków (Kathy Tur, NBC) w programie na żywo
(zresztą miał rację). Dowalił słownie republikańskiej szarej
eminencji Johnowi McCainowi i powiedział, że zmiecie Hillary
Clinton w wyborach.
Do nas przebijają się tylko największe ekstrawagancje Trumpa, albo populistyczne (czasem wzajemnie się wykluczające) hasła. Jednak każdy, kto poświęci chwilę czasu na obejrzenie przeprowadzonych z nim wywiadów lub kilku z licznych debat prawyborczych, musi przyznać, że facet jest sprawnym retorem. To właśnie ta bezczelność, brak liczenia się ze słowami i swoboda zapewniona samofinansowaniem pozwalała mu zagonić przeciwników do kąta. W tej chwili (kwiecień 2016) Trump ma już praktycznie zapewnioną wystarczającą liczbę głosów delegatów, by otrzymać nominację. A z powodu Tea Party, czyli głosów oburzonych, bardzo realną szansę na pokonanie Hillary Clinton w wyborach prezydenckich. Dlaczego? Dlatego, że Amerykanie chcą zmiany i pogrążenia establishmentu, a to właśnie Clinton go uosabia w tym starciu. Takie radykalne tendencje widoczne są zresztą także w innych krajach demokratycznych.
Do nas przebijają się tylko największe ekstrawagancje Trumpa, albo populistyczne (czasem wzajemnie się wykluczające) hasła. Jednak każdy, kto poświęci chwilę czasu na obejrzenie przeprowadzonych z nim wywiadów lub kilku z licznych debat prawyborczych, musi przyznać, że facet jest sprawnym retorem. To właśnie ta bezczelność, brak liczenia się ze słowami i swoboda zapewniona samofinansowaniem pozwalała mu zagonić przeciwników do kąta. W tej chwili (kwiecień 2016) Trump ma już praktycznie zapewnioną wystarczającą liczbę głosów delegatów, by otrzymać nominację. A z powodu Tea Party, czyli głosów oburzonych, bardzo realną szansę na pokonanie Hillary Clinton w wyborach prezydenckich. Dlaczego? Dlatego, że Amerykanie chcą zmiany i pogrążenia establishmentu, a to właśnie Clinton go uosabia w tym starciu. Takie radykalne tendencje widoczne są zresztą także w innych krajach demokratycznych.
![]() |
Wzrost poparcia dla Trumpa na tle innych kandydatów republikańskich. Źródło: The UNH Survey Center |
Dla nas to niedobra wiadomość. Wbrew pozorom, nie chodzi nawet o
to, że na ile można stwierdzić z wypowiedzi, Donald Trump ma
blade pojęcie o polityce międzynarodowej. Chodzi raczej o jego
pragmatyzm i fakt, że powróci do amerykańskiego izolacjonizmu.
Pragmatyzm oznacza zgodę na nowy podział wpływów w świecie,
między najsilniejszych graczy. Czy Trump pójdzie na wojnę za
Litwę, Polskę albo Ukrainę? Wygląda na to, że postawi na handel
i bezpowrotnie skończy z erą amerykańskiej polityczno-militarnej hegemonii w świecie. Co prawda, straszył Rosjan, że gdyby to on był
prezydentem i rosyjskie samoloty latały sobie nad amerykańskimi
okrętami, kazałby je strącić. Ale nie łudźmy się. Gdyby to
on decydował, Rosjanie w żadnym razie nie dopuszczaliby się
takich prowokacji, wiedząc, że z Trumpem bez problemu znajdą
porozumienie. Dzisiaj prowokują, bo wiedzą, że Obama im nie
odpowie. To tylko gra pozorów (w której są mistrzami).
Trudno powiedzieć, jak taki rozwój wypadków przetrwa NATO, jeden
z trzech filarów naszego bezpieczeństwa (drugi to UE, trzeci -
własna armia). Wreszcie, czy przy tak silnej polaryzacji jaka
powstanie w wyborach Trump-Clinton i przy późniejszych działaniach
np. polegających na wyrzuceniu imigrantów, nie dojdzie w USA do
silnego wewnętrznego konfliktu? Takiego, który sparaliżuje kraj na
arenie międzynarodowej? Może nie druga wojna domowa, ale konflikt
polityczny, który zablokuje decyzyjność władz centralnych.
Przecież już w tej chwili podczas wieców Trumpa dochodzi niemal
do zamieszek (Polska The Times). Rzecz od lat niespotykana, a temperaturę jeszcze
podkręcają media. A wtedy Stany pokonają się same. Wystarczy
przywołać przykład obecnego konfliktu o Trybunał Konstytucyjny w
Polsce między władzą a opozycją, by zrozumieć, jak cienka jest
linia między stabilizacja a anarchią. Nomen omen, w Kongresie trwa
bardzo podobny spór o nominację na sędziego Sądu Najwyższego (RP).
Prezydent chce mianować swojego sędziego, a opozycja parlamentarna
wzywa go, by tego nie robił na chwilę przed końcem kadencji
(sędziowie pełnią funkcję dożywotnio).
Co by się nie działo, prędzej czy później USA w końcu
określą swoją nową tożsamość. Pytanie brzmi natomiast, co w
tym czasie zrobi świat? Co zrobimy my?
1.4 Turcja - niespodziewana zdrada
Fakt, że arabska Wiosna Ludów
została bezrefleksyjnie poparta niemal przez cały Zachód, nie
budzi wątpliwości. W jej wyniku Europa musi zmierzyć się z
największą od dziesięcioleci (a może i stuleci) falą
imigracyjną, która, już tylko przez swoją skalę, stanowi
zagrożenie jej bezpieczeństwa i integralności. Bardzo szybko dla
europejskich przywódców stało się jasne, że popełnili błąd.
Liczyli jednak, że z niewielką pomocą finansową i militarną,
rodzące się arabskie demokracje poradzą sobie same i opanują
chaos. Ponownie popełnili błąd. Najgorsze, że nikt nie spytał, co
w tej sytuacji zrobi Turcja - wierny sojusznik USA i członek NATO,
kraj stowarzyszony z Unią Europejską. A ta zaskoczyła wszystkich.
Recep Tayyip Erdoğan rządzi Turcją nieprzerwanie od 2003 roku. Najpierw
jako premier, następnie jako prezydent. Jego autorytarne zapędy i
islamistyczne sympatie były znane, ale od czasów Mustafy
Kemala Atatürka (takiego ichniego Józefa Piłsudskiego),
na straży świeckości państwa zawsze stała armia. Wspierana
była zresztą przez samych obywateli, propaństwowych urzędników,
sędziów, dziennikarzy itp. Aż do lat 2011-2013 Erdoğan
wykazywał pewną dozę otwartości i poszanowania zasad demokracji.
A to dlatego, że liczył na wznowienie negocjacji w sprawie
wstąpienia Turcji do Unii Europejskiej. Warto w tym miejscu
przypomnieć, że o członkostwo we wspólnocie kraj ten stara się
od kwietnia 1987 roku. Z powodu tureckiej polityki wewnętrznej i
międzynarodowej, w negocjacjach zamknięto dopiero jeden rozdział
(tematyczny) z trzydziestu pięciu. Na przeszkodzie stoją przede
wszystkim: turecka okupacja Północnego Cypru (rozmowy blokowane
przez Grecję i Cypr), prześladowanie i nierozwiązany konflikt z
Kurdami oraz zaprzeczanie zbrodni ludobójstwa Ormian w 1915 roku. W
żadnej z tych kwestii nie zamierzano ustąpić. Chociaż Erdoğan
próbował różnych sposobów, m.in. wygasił konflikt kurdyjski i
pozwolił na zalegalizowanie ich partii politycznej. Wykonał
także kilka pojednawczych gestów wobec Ormian. To wciąż było za mało,
by przekonać zainteresowanych do intensyfikacji działań na rzecz
tureckiej akcesji. Być może byłby gotów czekać, aż powolna
machina brukselskiej biurokracji ruszy z miejsca, ale wybuchła
Wiosna Ludów, a to całkowicie zmieniło sytuację.
![]() |
Tereny zamieszkałe przez Kurdów. |
Pojawiła się realna szansa na
wstąpienie Turcji do grona światowych hegemonów. Zresztą Erdoğan
z takiej imperialnej polityki uczynił swój znak rozpoznawczy, o
czym mówił oficjalnie w tzw.
„Wizji 2023”, tylko dużo łagodniejszym językiem. Ale nie chodziło jedynie o okazję na awans do wyższej ligi. Zmiany bowiem nie tylko oznaczały szansę, ale też nieoczekiwane zagrożenia. Pogrążona w wojnie Syria i Irak stworzyły bardzo niebezpieczny dla Turcji precedens. Pozwoliły Kurdom na stworzenie ich własnego państwa. Na razie, była to formalnie tylko bardzo szeroka autonomia, ale de facto Kurdowie wprowadzili na kontrolowanych przez siebie terytoriach w pełni niezależną strukturę państwową. W tym bardzo sprawną i wysoce zmotywowaną armię. Mało tego, z uwagi na swoją bitność i skuteczność w zapewnianiu spokoju w regionie (tereny tzw. Kurdystanu były i są najbezpieczniejszymi miejscami w Iraku i Syrii), stali się języczkiem u wagi dla Amerykanów. Tego było już za wiele. Kurdyjska autonomia (a w następstwie niepodległy kraj), musiała oznaczać oderwanie się od macierzy południowo-wschodniej Turcji. Premier Erdoğan nie chciał dłużej czekać.
„Wizji 2023”, tylko dużo łagodniejszym językiem. Ale nie chodziło jedynie o okazję na awans do wyższej ligi. Zmiany bowiem nie tylko oznaczały szansę, ale też nieoczekiwane zagrożenia. Pogrążona w wojnie Syria i Irak stworzyły bardzo niebezpieczny dla Turcji precedens. Pozwoliły Kurdom na stworzenie ich własnego państwa. Na razie, była to formalnie tylko bardzo szeroka autonomia, ale de facto Kurdowie wprowadzili na kontrolowanych przez siebie terytoriach w pełni niezależną strukturę państwową. W tym bardzo sprawną i wysoce zmotywowaną armię. Mało tego, z uwagi na swoją bitność i skuteczność w zapewnianiu spokoju w regionie (tereny tzw. Kurdystanu były i są najbezpieczniejszymi miejscami w Iraku i Syrii), stali się języczkiem u wagi dla Amerykanów. Tego było już za wiele. Kurdyjska autonomia (a w następstwie niepodległy kraj), musiała oznaczać oderwanie się od macierzy południowo-wschodniej Turcji. Premier Erdoğan nie chciał dłużej czekać.
![]() |
Fethullah Gülen - pisarz, myśliciel. Oskarżony o bycie ojcem chrzestnym spisku Ergenekon. |
![]() |
Moment eksplozji bomby wśród demonstrantów - Ankara, Turcja. 10 października 2015. |
W czerwcu 2015 roku okazało się, że
po raz pierwszy od 13 lat rządząca AKP nie będzie w stanie
utworzyć samodzielnej większości (zdobyła jedynie 40,87% głosów),
a w parlamencie pojawią się także reprezentanci znienawidzonych
Kurdów (HDP). Prezydent był wściekły. Ponieważ żadna z partii
opozycyjnych nie miała zamiaru przykładać ręki do rządzenia, a
AKP nie chciała się władzą dzielić, zarządzono ponowne wybory,
które miały odbyć się 1 listopada 2015 roku. Zaczęło rosnąć
napięcie między Kurdami a rządem. W sobotę, 10 października, w
Ankarze na pokojowym wiecu zorganizowanym przez członków związków
zawodowych i sympatyków partii HDP wybuchły dwie bomby. Zginęło
109 osób, a ponad 400 zostało rannych. Żadna organizacja nie
przyznała się do zamachu, chociaż władze obarczyły winą Państwo
Islamskie (które zawsze bardzo chętnie się do takich rzeczy
przyznaje - np. do lipcowego w Suruç). Rozpoczęły się napady i
podpalenia lokali HDP. Policja biła i aresztowała jej działaczy.
Partia Pracujących Kurdystanu (nielegalna organizacja uznawana za
terrorystyczną) przystąpiła do walki. W końcu prezydent ogłosił,
że wypowiada wojnę Państwu Islamskiemu i PKK, jako że według
niego, nie ma między nimi żadnej różnicy. Wojskowy kordon zamknął
się wokół południowo-wschodniego miasta Cizre i Diyarbakir,
następnie przechodząc do pacyfikacji (TOK FM). Akcje wojskowe objęły także
Şırnak i wiele mniejszych miejscowości południowego-wschodu.
Zginęły setki ludzi, a tysiące zostało rannych.
Na zamieszczonych w internecie filmach
widać, jak turecki czołg strzela ogniem maszynowym do nieuzbrojonych
cywilów. Trzy tygodnie później AKP wygrywa wybory zdobywając
49,50% i ponownie zdobywa samodzielną większość. Niewielkim
pocieszeniem dla Kurdów był fakt zdobycia przez HDP 12 miejsc w
parlamencie. Tureccy żołnierze i policjanci zaczęli ginąć w
kolejnych zamachach bombowych (OSW).
Wkrótce walka z Kurdami rozlewa się na terytorium Syrii oraz Irak. W tym ostatnim, wojska tureckie zakładają bazę. Nie informują, ani nie proszą o pozwolenie rządu irackiego, co doprowadza do poważnego spięcia dyplomatycznego (Gazeta.pl). Iracki premier grozi nawet poważnymi konsekwencjami, z wypowiedzeniem wojny włącznie, ale sprawę łagodzi USA. Turcja tłumaczy, że baza służy do walki z Państwem Islamskim i obiecuje się wycofać. Faktycznie tego nie robi, a Bagdad udaje, że tego nie widzi. Tymczasem ostrzał artyleryjski i naloty skierowane są tylko przeciwko Kurdom, a islamistom nie robią żadnej krzywdy. Niespodziewanym sojusznikiem sprawy kurdyjskiej okazuje się Rosja. Ta wysyła do Syrii wojska ekspedycyjne, które z powodzeniem ratują władzę Baszara Al'Assada, a także przy współpracy z PKK i armią syryjską, odbijają ważne terytoria z rąk islamistów. Rosja także nie pytała nikogo o zdanie. To znaczy, niby zapytała legalne władze Syrii - czyli Assada. Natomiast prawie wszystkie zaangażowane w tę wojnę kraje miały odmienne zdanie. Największe oburzenie wyraziła Turcja i ich sojusznik Arabia Saudyjska (obie wspierające ISIS i Nusrę - czyli Al-Ka`idę), oraz USA (wspierające Nusrę i Kurdów). Po chwili okazało się, że bezwzględne rosyjskie bombardowania oraz profesjonalnie przeprowadzone ofensywy z użyciem ciężkiego sprzętu i artylerii dają dużo lepsze efekty, niż trwające od ponad roku naloty koalicjantów.
![]() |
Zielone tereny na mapce, tzw. umiarkowana opozycja. Żółte - Assad i Rosjanie. Widać gdzie skupiły się działania rosyjskich sił ekspedycyjnych. |
Żeby już nie mnożyć
wielowątkowości sytuacji wokół Syrii, w kontekście Turcji trzeba
pamiętać o jednym. Kraj ten gra do własnej bramki z wielką
bezwzględnością. Nie znaczy to, że jest takim zagrożeniem dla
Zachodu jakim jest fundamentalny Daesh, ale na pewno Erdoğanowi nie
można ufać. Dla niego, większym niż salaficki islam zagrożeniem,
jest w tej chwili wolny Kurdystan (WP). Poza tym, liczy na rozbiór Syrii
i zaanektowanie części jej terytorium. Dopiero wtedy rozprawi się
z ekstremistami, ale najchętniej dopiero po tym, jak doprowadzą oni
do upadku Saudów i dalszego rozpadu Bliskiego Wschodu. Po co? Dla
władzy i dominacji w regionie. W tej chwili liczą się, prócz niej,
jeszcze Arabia Saudyjska, Iran i Egipt. Wszystkie pozostałe kraje są
sojusznikami jednego z powyższych. Erdoğan dobrze odczytał, że
nadarza się niepowtarzalna okazja do odtworzenia takiej czy innej
formy Imperium Osmańskiego.
Ale by tego dokonać dopuścił się
zdrady Zachodu (przynajmniej tak to można odczytać). Już sam fakt,
że Turcja jako członek NATO finansuje islamistów (BI) i próbuje
rozgrywać Rosję, może budzić wątpliwości. Ale w końcu
pośrednio to samo robią USA. Oba kraje czynią tak w imię
imperialnych ambicji, więc daruję sobie moralizowanie. Gorzej, że
jest aspirującym członkiem UE. Tymczasem steruje napływem
imigrantów przyczyniając się do jej upadku, po to by wymuszać
korzystne dla siebie rozwiązania negocjacyjne (Telegraph). A jeśli połączymy
ze sobą finansowanie islamistów i świadome wpuszczanie ich do
Europy w tłumie migrantów to możemy mieć uzasadnione wątpliwości
co do tureckich intencji. Czy taki kraj może być sojusznikiem i
przyjacielem Zachodu? Nawet deklaratywnie nie szanuje zasad
demokracji, tłumi wolność słowa, bezpardonowo morduje część
swoich obywateli. Nie, Turcja nie należy do naszego świata i nie
łudźmy się, że jest inaczej.
Rozdział II: Zagrożenia dla Europy
2.1 Zewnętrzne
![]() |
Kolor czerwony: regularne działania wojenne. Kolor żółty: zamachy (udaremnione i nie) bądź walki z grupami islamistycznymi. Stan na kwiecień 2016. |
Drogi Czytelniku, czy zdajesz sobie
sprawę, że po raz pierwszy w swojej historii Unia Europejska jest
ze wszystkich stron otoczona przez tereny ogarnięte wojną?
W basenie Morza Śródziemnego wojna
toczy się w Turcji, Syrii, Egipcie, Libanie i Tunezji. Z grupami
zbrojnymi i regularnymi zamachami walczy także Algieria, Maroko i
Liban. Wokół Morza Czarnego wojna trwa na Ukrainie, w Armenii i
Azerbejdżanie. Kolejna czeka na odmrożenie w Gruzji. Od wschodu
graniczy z nami jeszcze tylko Białoruś oraz złowieszcza Rosja,
która przecież zaangażowana jest w kilka z wymienionych
konfliktów, a co i rusz musi walczyć z dżihadystami u siebie. To
zdaje się oznacza, że z kilkunastu graniczących z unią państw,
mamy tylko jeden kraj w którym sytuacja jest stabilna. I to na poły
autorytarny (Białoruś).
Mamy jeszcze, co prawda, bałkański
kocioł. Ale co w nim? Same grzybki. Serbia, z odłączonym od niej
Kosowem i Czarnogórą, ciągle podzielona Bośnia i Hercegowina.
Obok spiskująca z Kosowem, marząca o wielkości Albania i
destabilizowana przez nią Macedonia. To jak trzymanie granatu bez
zawleczki pod bokiem. Zresztą, dla równowagi mamy z drugiej strony
Mołdawię z jej zbuntowanym terytorium - Naddniestrzem. Pierwsza
chce do Europy, drugie do Rosji. To, że chwilowo w żadnym z tych
europejskich w końcu państw nie toczą się walki, jest marnym
pocieszeniem. Niewiele trzeba, by w ciągu kilku dni wszystko się
zmieniło. Na Półwyspie Arabskim wojna pożera
Jemen i Irak, a wkrótce do gardeł rzucą się zajadli rywale,
Arabia Saudyjska i Iran. W Afryce subsaharyjskiej nie jest lepiej,
wojna trwa w Nigerii, Nigrze, Mali, Sudanie Południowym, Etiopii i
Somalii.
Skoro tak, to czy nie powinniśmy
przypadkiem wzmacniać naszych granic, dofinansować i reformować
armie? Po to by móc pozostać ostoją stabilności a nie kolejnym
terenem bitwy, ochronić siebie i być pomocą zrujnowanym pożogom
krajom? Tymczasem wydaje się, że maksyma jaką kierują się
eurokraci to - niech na całym świecie wojna, byle unijna wieś
zaciszna, byle unijna wieś spokojna. Ale z takim myśleniem nie
przetrwamy.
Pisałem wcześniej o niewydolnej
armii belgijskiej. Należy zauważyć, że znacznym redukcjom poddane
zostały także inne armie europejskie. Dotyczy to zwłaszcza wojsk
lądowych. Można wymienić tu przede wszystkim Holandię i Niemcy,
ale też bliższe nam Czechy, Słowację i państwa bałtyckie czy
Polskę. Wbrew pozorom, nieźle wyposażone i przygotowane są znane
z liberalizmu państwa skandynawskie. Szczególnie, że wszystkie
posiadają też liczną i dobrze zorganizowaną obronę terytorialną.
Głównym problemem nie jest jednak liczebność czy wyposażenie a
mizerne finansowanie najczęściej na poziomie 1,5% PKB lub niżej.
Co oznacza, że gdyby wskaźnik ten utrzymać, skazuje się
europejskie armie na całkowitą niewydolność. Otrzeźwienie
przyszło dopiero po rosyjskiej aneksji Krymu, kiedy okazało się,
że Europa bez wojny nie jest nam dana na zawsze, „Si vis pacem,
para bellum”. Co innego jakiś tam „mały” konflikt w
Kosowie, który jak to się mówi, można „nakryć czapką”,
a co innego wojna totalna na wielkiej Ukrainie. Od tego momentu (bo
nie liczę casusu Gruzji), wiele państw Europy Środkowej i Wschodniej zrewidowało swoje pacyfistyczne poglądy, na wyścigi
dozbrajając i reformując armie. Czy naprawdę grozi nam wojna? W
tej chwili jeszcze nie, natomiast jest ona prawdopodobna w
najbliższych latach, jeśli spełni się część lub wszystkie
czarne scenariusze.
2.1.1 Federacja Rosyjska
Pozycja Rosji w tym wszystkim jest
bardzo ważna, bo to spiritus movens wielu konfliktów. Jako pierwszy
kraj od czasów II wojny światowej w 2014 roku zaatakowała i
zajęła terytorium innego państwa europejskiego. Naprawdę nie ma
znaczenia, ilu Rosjan mieszka na Krymie czy ilu Ukraińców mówi po
rosyjsku. Nie ma znaczenia, czy rząd w Kijowie był skorumpowany czy
nie, oraz czy tzw. banderowcy zostali wybrani do parlamentu. Fakt
jest jeden, siły zbrojne FR weszły na teren Ukrainy. Wywołały
wojnę, w której zginęło kilkanaście tysięcy ludzi, a
kilkadziesiąt tysięcy zostało rannych. Koniec, tyle trzeba
wiedzieć. Każdy demokratyczny kraj europejski rozwiązałby ten
problem na drodze pokojowej, ale nie Rosja, bo też nie taki był jej
cel.
Jeszcze w przypadku
gruzińsko-rosyjskiej wojny z 2008 roku można było mieć
wątpliwości. W końcu Gruzja uderzyła pierwsza na tereny poza jej
faktyczną kontrolą. Dzisiaj już wiadomo, że wielomiesięczne
rosyjskie prowokacje temu właśnie służyły. W ujęciu
politycznym, były próbnikiem reakcji świata i NATO. A odpowiedź
Zachodu była, mówiąc delikatnie, umiarkowana. Dlatego w przypadku
Ukrainy, Putin posunął się jeszcze dalej. Chodziło o niekorzystny
dla Rosji przewrót polityczny, sprawę zupełnie wewnętrzną
(chociaż istotną z powodów polityczno-gospodarczych). Tymczasem
Władimir Putin zdecydował się na przeprowadzenie zawczasu
przygotowanego planu inwazji. Wykonany perfekcyjnie, z silnym
wsparciem propagandy i dezinformacji, a także rozbudowanej agentury
wpływu, przyniósł pełen sukces (Defence24). Ukraina była zupełnie bezbronna
i prawdopodobnie straciłaby całe terytorium na wschód od Dniepru,
gdyby nie postawa zwykłych ludzi - ochotników i działaczy,
szeregowych wojskowych i policji, którzy w improwizowanych
batalionach rzucili się bronić kraju (Defence24). Tym razem Zachód zareagował
dużo ostrzej. Posypały się sankcje ekonomiczne, natomiast nadal
nie podjęto żadnych akcji militarnych. Ukraińska armia otrzymała
pomoc przede wszystkim defensywną, od wyposażenia żołnierzy
(apteczki, lornetki, systemy łączności), przez pojazdy
(nieuzbrojone Humvee z demobilu), po radary, ale ani jednego naboju
czy wyrzutni rakiet ppanc. Jest to o tyle dziwne, że takich oporów
nie było w przypadku dozbrajania rebeliantów walczących z Baszarem
Al-Assadem (a wiadomo, że razem ze sprzętem przechodzili oni na
stronę islamistów). Jedną z przyczyn takiej postawy, poza
światopoglądem polityków, był po prostu smutny fakt stanu armii
NATO - zupełnie nieprzygotowanych do jakiegokolwiek,
pełnowymiarowego konfliktu. Nie dajmy się przy tym zwieść
rosyjskiej propagandzie i zakłamaniu. Pamiętajmy, że nad
propagowaniem „rosyjskiej wizji świata” pracują
codziennie tysiące płatnych komentatorów internetowych, rosyjskie
stacje telewizyjne (jak przeznaczona dla zachodniego widza Russia
Today) i wielu agentów wpływu rozrzuconych po przeróżnych
krajach. Spadek po ZSRR, ale nie tylko, bowiem Rosjanie dbają o
finansowanie (OSA) wszelkich grup skrajnie nacjonalistycznych (francuskiego
Frontu Narodowego czy naszej partii Zmiana). Mają też wielu prorosyjskich sympatyków (m.in. w polskim Ruchu Narodowym).
Sankcje obowiązują nieco dłużej niż Putin się spodziewał, jednak gospodarka cierpi głównie przez bardzo niskie ceny ropy. Tak czy siak, polityka rosyjska się nie zmieni. W tej chwili Putin nie ma innego wyjścia- musi przeć naprzód. Nie chodzi o jakieś tam straty wizerunkowe czy naruszenie pozycji, jaką Rosja wywalczyła sobie na świecie po epoce totalnego rozkładu za prezydenta Jelcyna. Nie, chodzi o to, że na tyle rozbuchano postradzieckie sentymenty i nacjonalizm, że bez otaczających ze wszystkich stron mateczkę Rassiję wrogów, całe to społeczeństwo i kraj runie w przepaść. Słabe lub wręcz fasadowe instytucje państwowe, sądy czy parlament, nie służą niczemu innemu jak wykonywaniu woli cara - Putina. Rosja niczego nie produkuje ani nie jest żadnym źródłem technologi, usług czy towarów, których mógłby potrzebować świat. Owszem, ma przemysł działający na lokalne potrzeby ale to tyle (chociaż np: silniki do helikopterów zamawiane były na Ukrainie). Prócz tego tylko surowce, ropę i gaz. A zyski z tychże, zamiast na poprawę infrastruktury, opieki medycznej, wyrównanie nierówności społecznych, innowacje i tworzenie silnych instytucji państwowych, potrafiących zwalczyć wszechobecną korupcję i nepotyzm, wydano na armię i apanaże mafijnego kręgu Putina. Ale czasy prosperity minęły. Europa bliska jest uniezależnieniu od rosyjskich dostaw, a zyski z tychże stopniały. Wojna stała się więc nie tyle narzędziem propagandowym, co jedyną możliwością przeżycia władców Rosji. Dlatego musi i będzie trwać. Najlepiej zimna, ale jak pokazuje doświadczenie, w modus operandi wkalkulowano także „gorącą” fazę konfliktu. Powiedzmy sobie jasno. Nikogo na świecie nie interesuje totalna wojna nuklearna. Żeby nie wiem co, taki scenariusz jest bardzo mało prawdopodobny. Co innego konflikty hybrydowe lub wojny zastępcze (taką była np. pierwsza w Afganistanie i ta w Wietnamie), czyli prowadzone w krajach trzecich gdzie główni adwersarze wspierają swoich sojuszników sprzętem i doradcami, ale raczej unikają wzajemnej bezpośredniej konfrontacji. O takim rodzaju konfliktu mówimy w tej chwili.
![]() |
Wojska ukraińskie na pozycjach pod miastem Mariupol fot. PA |
Sankcje obowiązują nieco dłużej niż Putin się spodziewał, jednak gospodarka cierpi głównie przez bardzo niskie ceny ropy. Tak czy siak, polityka rosyjska się nie zmieni. W tej chwili Putin nie ma innego wyjścia- musi przeć naprzód. Nie chodzi o jakieś tam straty wizerunkowe czy naruszenie pozycji, jaką Rosja wywalczyła sobie na świecie po epoce totalnego rozkładu za prezydenta Jelcyna. Nie, chodzi o to, że na tyle rozbuchano postradzieckie sentymenty i nacjonalizm, że bez otaczających ze wszystkich stron mateczkę Rassiję wrogów, całe to społeczeństwo i kraj runie w przepaść. Słabe lub wręcz fasadowe instytucje państwowe, sądy czy parlament, nie służą niczemu innemu jak wykonywaniu woli cara - Putina. Rosja niczego nie produkuje ani nie jest żadnym źródłem technologi, usług czy towarów, których mógłby potrzebować świat. Owszem, ma przemysł działający na lokalne potrzeby ale to tyle (chociaż np: silniki do helikopterów zamawiane były na Ukrainie). Prócz tego tylko surowce, ropę i gaz. A zyski z tychże, zamiast na poprawę infrastruktury, opieki medycznej, wyrównanie nierówności społecznych, innowacje i tworzenie silnych instytucji państwowych, potrafiących zwalczyć wszechobecną korupcję i nepotyzm, wydano na armię i apanaże mafijnego kręgu Putina. Ale czasy prosperity minęły. Europa bliska jest uniezależnieniu od rosyjskich dostaw, a zyski z tychże stopniały. Wojna stała się więc nie tyle narzędziem propagandowym, co jedyną możliwością przeżycia władców Rosji. Dlatego musi i będzie trwać. Najlepiej zimna, ale jak pokazuje doświadczenie, w modus operandi wkalkulowano także „gorącą” fazę konfliktu. Powiedzmy sobie jasno. Nikogo na świecie nie interesuje totalna wojna nuklearna. Żeby nie wiem co, taki scenariusz jest bardzo mało prawdopodobny. Co innego konflikty hybrydowe lub wojny zastępcze (taką była np. pierwsza w Afganistanie i ta w Wietnamie), czyli prowadzone w krajach trzecich gdzie główni adwersarze wspierają swoich sojuszników sprzętem i doradcami, ale raczej unikają wzajemnej bezpośredniej konfrontacji. O takim rodzaju konfliktu mówimy w tej chwili.
Nie oznacza to jednak, że jesteśmy w
ogóle wolni od zagrożenia ze strony broni jądrowej. W tej chwili
po trwającym lata procesie rozbrojenia, mimo porównywalnych
arsenałów, Rosja wypada zdecydowanie słabiej niż USA. Po
pierwsze, ponieważ ma w tej chwili mniej rozbudowane możliwości
obrony przed atakiem atomowym, po drugie, ponieważ jej arsenał jest
w bardzo kiepskim stanie. Ocenia się, że z liczby ok. 4700
rosyjskich głowic, tylko 1780 jest aktywnych (czyli nie została
złożona do magazynów), a z tego prawdopodobnie 30% nie oderwie się
od ziemi lub nie dotrze do celu (niesprawne rakiety, lub inne środki
przenoszenia), a następne 30% zostanie zniszczonych w drodze do celu.
Zostaje nam jakieś 718 głowic, a to niewiele by prewencyjnym
uderzeniem zniszczyć przeciwnika, czy zadać mu na tyle duże straty
by powstrzymać zniszczenie własnego (największego na świecie)
kraju. Ile wyrzutni wystrzeli nim zostaną zniszczone? Ile z tych
ładunków posłać na USA, ile na Chiny, na Europę? Prawdziwa moc
tego typu broni tkwi w strachu przed jej użyciem.
Ktoś powie, że tych kilkaset głowic
i tak jest w stanie obrócić świat w popiół. Otóż nie. Od 1945
roku na świecie eksplodowało prawie 2500 bomb o łącznej mocy
540.000 kiloton. A my nadal żyjemy i świat ma się dobrze. Mimo to,
pełnoskalowa wojna termonuklearna oznaczałaby nie tylko śmierć
milionów ludzi, ale też załamanie się światowej gospodarki i
porządku społecznego. Słowem, wszyscy stoczylibyśmy się w
głęboki kryzys, który pozbawiłby decydentów majątków, a pewnie
i życia. A tego żaden z nich nie chce. Co innego ograniczone użycie
tej broni, tzw. deeskalujące. Ta rosyjska doktryna polega na
demonstracyjnym użyciu broni jądrowej, poprzez np. zdetonowanie
mniejszego ładunku nad niezamieszkałym obszarem (np, morzem) lub
nad zgrupowaniem wojska/floty przeciwnika. Tym samym ogranicza się
straty do minimum, ale daje też jasny sygnał, że żarty się
skończyły. Jeśli sprawy naprawdę zajdą tak daleko, to taki
scenariusz będzie tym najgorszym. W tej chwili jest jednak mało
prawdopodobny.
Czy w razie takiej zagrywki, dajmy na
to ośmio kilotonowej bomby eksplodującej wysoko nad Warszawą, w
efekcie czego impuls elektromagnetyczny pozbawi całe miasto
zasilania, a opad radioaktywny skazi je na lata, możemy liczyć na
zdecydowaną reakcję NATO? Czy podobna bomba eksploduje nad Sankt
Petersburgiem? Należy w to wątpić, ponieważ tak jak pisałem,
wszystkim zależy na uniknięciu wymiany atomowych ciosów. Rosji
wystarczy, że ostatecznie udowodni słabość sojuszu, tym samym
doprowadzając go do rozpadu.
Każdy tumult, wojna i destabilizacja na terenie Europy będzie miała swoje przełożenie na to, co stanie się w Azji, i vice versa. W tym kontekście, prowadzona przez Federację Rosyjską gra przypomina zabawę z ogniem. Już zaangażowana jest w Gruzji, na Ukrainie i Syrii, a spodziewać należy się pogłębienia działania na tych kierunkach. Jeśli w ogniu stanie Kaukaz (nowy bunt w Czeczenii), zacznie się tumult w Azji Centralnej, to Rosja może mieć duży problem z utrzymaniem swoich wschodnich prowincji. Co jest nam bardzo na rękę. Wystarczy podać przykład 17 września 1939 roku. Stalin dołączył do hitlerowskiej napaści na Polskę dokładnie wtedy, ponieważ dzień wcześniej, 16 września, podpisany został traktat pokojowy, kończący wojnę graniczną radziecko-japońską. Jego naczelną zasadą było, by nie prowadzić wojen na kilku frontach.
![]() |
Zasięg eksplozji bomby atomowej o mocy 45kT nad Warszawą - NUKEMAP |
Każdy tumult, wojna i destabilizacja na terenie Europy będzie miała swoje przełożenie na to, co stanie się w Azji, i vice versa. W tym kontekście, prowadzona przez Federację Rosyjską gra przypomina zabawę z ogniem. Już zaangażowana jest w Gruzji, na Ukrainie i Syrii, a spodziewać należy się pogłębienia działania na tych kierunkach. Jeśli w ogniu stanie Kaukaz (nowy bunt w Czeczenii), zacznie się tumult w Azji Centralnej, to Rosja może mieć duży problem z utrzymaniem swoich wschodnich prowincji. Co jest nam bardzo na rękę. Wystarczy podać przykład 17 września 1939 roku. Stalin dołączył do hitlerowskiej napaści na Polskę dokładnie wtedy, ponieważ dzień wcześniej, 16 września, podpisany został traktat pokojowy, kończący wojnę graniczną radziecko-japońską. Jego naczelną zasadą było, by nie prowadzić wojen na kilku frontach.
2.1.2 Bałtycki gambit
NATO jest sojuszem obronnym, to
jasne. Jako taki, zobligowany jest on podjąć wszelkie działania,
zmierzające do powstrzymania agresora przed napaścią na terytorium
lub jednostki (samoloty, okręty, żołnierzy itd.) któregokolwiek z
członków sojuszu. O zakresie działań każdy z członków decyduje
samodzielnie, a każde działanie zostaje wstrzymane, gdy Rada
Bezpieczeństwa (ONZ) „podejmie działania
konieczne do przywrócenia i utrzymania międzynarodowego pokoju i
bezpieczeństwa” (art.
5 traktatu waszyngtońskiego). Czyli tłumacząc na ludzki język,
jeśli natowskie samoloty zostaną zestrzelone w punkcie X, to
wszystkie wyrzutnie rakietowe i inne jednostki przeciwlotnicze wroga
w okolicy przestaną istnieć, a ONZ powie - „nie róbcie tego
więcej”. Jeśli zaś jakiś kraj napadnie na członka NATO, to
reszta spuści łomot agresorowi na terytorium zaatakowanego kraju,
ale raczej już nie dokona inwazji na teren agresora. Dobrym
przykładem (chociaż nie odbyła się w ramach NATO) jest pierwsza
wojna w Zatoce Perskiej. Pokonano wojska irackie okupujące Kuwejt i
pogoniono je jeszcze na ponad 200 km w głąb Iraku, po czym całą
operację wstrzymano. Saddam Husajn utrzymał się przy władzy, Irak
oberwał sankcjami i tyle. Podobnie byłoby więc w przypadku
rosyjskiej napaści na któregokolwiek z członków NATO Europy
Wschodniej.


- Jeśli Rosjanie posuną się chociaż o krok dalej - mówią decydenci - wtedy nie będziemy mieli dla nich żadnej litości! A na razie, skupmy się na tym, by rozwiązać problemy na naszych południowych granicach, tak żebyśmy nie toczyli wojny na dwa fronty. Przez ten czas spokojnie też poukładamy sprawy w naszych państwach, stłumimy protesty, wyłonimy nowe rządy itd.
Przywódcy państw bałtyckich będą
oburzeni, ale nic nie poradzą. W końcu, na części ich terytoriów
będą stacjonować jednostki amerykańskie lub polskie (ewentualnie
brytyjskie), gwarantując, że dalej Rosjanie już nie pójdą. Z
drugiej strony wiele będzie można ugrać negocjacjami. Być może,
za przyrzeczenie neutralności, ustępstwa wobec mniejszości i jakiś
eksterytorialny korytarz transportowy do Kaliningradu, Rosja zgodzi
się wycofać? Negocjacje będą na pewno długie i bardzo
intensywne. Tymczasem, zupełnie niespodziewanie, nowy tumult zacznie
się na Ukrainie, w Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie (OSW). W ogniu stanie
Mołdawia (TVN24), a także bałkański tygiel (PR). Wszędzie tam, gdzie Rosja ma
coś do powiedzenia i wszędzie tam chodzić będzie o ochronę życia
i zdrowia rosyjskich obywateli. Czasami będą to „zielone ludziki”,
a czasami jakieś pseudo bojówki lokalnych patriotów, żołnierze
nowych republik albo organizacji, ochotnicy itp. Każdemu takiemu
wydarzeniu towarzyszyć będzie kampania dezinformacyjna, propaganda
i szereg działań wprowadzających dodatkowy chaos (np. zamachy
bombowe, przekupywanie urzędników państwowych krajów unijnych,
aktywizacja sponsorowanych rublem organizacji pozarządowych itp.- Telegraph).
Taki scenariusz nie trudno jest przewidzieć i to do niego odnosi się
lipcowy szczyt NATO w Warszawie. To takim wydarzeniom ma właśnie
zapobiec ulokowanie kilku brygad zmechanizowanych na tzw. wschodniej
flance Sojuszu. Tyle, że brygady są zbyt małą jednostką, by
powstrzymać Rosjan. Mimo sojuszniczych deklaracji, pozwolą one co
najwyżej uprawdopodobnić taki scenariusz, jak przeze mnie napisany.
Jeśli dany kraj będzie chciał realnie obronić całość swojego
terytorium, będzie niestety musiał liczyć na własną armię.
Państwa bałtyckie sobie z tym nie poradzą. Zresztą nawet Polska,
wobec zbyt małej liczebności naszych wojsk lądowych, będzie miała
problem (być może powołanie Obrony Terytorialnej uratuje
sytuację). Czy naprawdę sojusz, w którym pokładamy nasze nadzieje
i uznajemy za filar narodowego bezpieczeństwa stać będzie tylko na
tyle?
Tak, taka jest właśnie
rzeczywistość. Sojusz może pomóc tylko tym, którzy są w stanie
bronić się sami (Defence24).
2.1.3 Bliski Wschód

![]() |
Mapa przedstawia obszar zamieszkany przez muzułmanów; sunnitów (zielony) i szyitów (fioletowy). |
To co w Syrii robią ubrani na czarno rebelianci, w Arabii stanowi miejscowe prawo. Monarchia upadnie (katalizatorem niewypłacalność), a jej miejsce zajmą ludzie powiązani z Kalifatem i np. Bractwem Muzułmańskim. Od tego momentu trwać będzie próba sił pomiędzy Egiptem, Turcją, Arabią (już nie Saudyjską), a Iranem (i tym co zostanie z Iraku, bo to, że to państwo lada chwila upadnie jest niemal pewne). Jeśli w Egipcie do władzy ponownie dojdzie Bractwo Muzułmańskie (obalone przez przewrót wojskowy 4 lipca 2013 roku), to najpewniej sprzymierzy się on z Arabią, dołączą do nich mniejsze państwa, jak Libia, Katar, ZAE, Oman, a w dalszej perspektywie pewnie Afganistan i Pakistan. Pozycja Turcji i Iranu stanie się trudna. Zwłaszcza, że oliwy do ognia dolewają walczący o własne państwo Kurdowie. Już w tej chwili kontrolują cały północny Irak, część Syrii, oraz toczą walki w Turcji i Iranie. No i pamiętajmy, że to będzie tylko walka o dominację w regionie, która po prostu nałoży się na fundamentalistyczną rewolucję, czyli ekspansję terrorystycznego Kalifatu. W tej chwili „wojska” (to tylko uproszczenie terminologii, to nie jest armia w tradycyjnym znaczeniu) ISIS oraz ich sojuszników działają w Syrii, Iraku, Jemenie, Jordanii, Palestynie, Egipcie, Libii, Tunezji, Algierii, Somalii, Nigerii, Nigrze, Kamerunie, Czadzie, Afganistanie, Pakistanie, Indiach, Północnym Kaukazie (Rosja), Filipinach i Malezji. Największe terytoria kontroluje w Syrii i Iraku, Egipcie (Synaj), Libii (Syrta), oraz w Nigerii (północ kraju).
![]() |
Aktualny zasięg terytorialny Kalifatu w Syrii i Iraku. Stan na 5 maja 2016 roku |
Wbrew doniesieniom zachodnich mediów,
straty terytorialne Państwa Islamskiego są mniejsze niż się
podaje. Poza tym, dżihadyści prowadzą często skuteczne kontrataki.
Główne problemy stwarzają im zresztą Rosjanie i Syryjczycy wierni
Assadowi oraz Kurdowie. Alianckie naloty mają nikłą skuteczność,
tak jak i wspierane przez nich grupy zbrojne. O ciągle porzucających
pole walki siłach irackich szkoda gadać (kraj ten raczej nie
przetrwa). Do gry wchodzą właśnie Turcja, a z nią Arabia
Saudyjska, Iran i Izrael. A jeśli podsumujemy liczbę już
zaangażowanych w tę wojnę państw, to można zaryzykować tezę,
że toczy się tam trzecia wojna światowa. Czego można się
spodziewać po tych wydarzeniach? Radykalizacji społeczeństw
muzułmańskich. Łączenia się dotychczas walczących ze sobą grup
islamistycznych w jedną organizację, upadku państw (szczególnie
tych, których dochód opiera się na ropie), zmian granic i ogólnej
przebudowy całego regionu. A co za tym idzie, wieloletnich
niepokojów i wojen oraz stałego napływu uchodźców do Europy.
Można też być pewnym, że wypadki na Bliskim Wschodzie pochłoną
siły i środki takich państw jak USA, Francja, Hiszpania, Włochy,
Grecja i Rosja, ponieważ wszystkie wystąpią w obronie swojej
dotychczasowej strefy wpływów.
Jedno jest pewne. Żadna wojna nie
trwa wiecznie i ta także kiedyś się skończy. Nie wiadomo tylko
kto ją wygra. Na pewno jednak nie nastąpi to dopóty, dopóki jej
trwanie będzie w interesie mocarstw. Nie wierzmy w żadne
międzynarodowe mediacje i rozejmy, jak ten, który miał obowiązywać
w sprawie syryjskiego Aleppo. To gra pozorów i kłamstw. Przykładem
niech będzie rosyjskie zobowiązanie do wycofania korpusu
ekspedycyjnego (TVN24). Faktycznie, FR załadowała na statki zużyty sprzęt
i kilka ciężarówek (pamiętając, by odpowiednio wyeksponować ten
fakt w mediach), a następnego dnia na lotniskach Latakii wylądowała
cała eskadra śmigłowców bojowych (o czym już nie mówiono - Defence24). O
zagraniach Turcji pisałem wcześniej. Podobnie postępują wszystkie
zainteresowane strony.
Trzeba też brać pod uwagę
niebezpieczeństwo rozlania się konfliktu bliskowschodniego po
świecie, w tym, w pierwszej kolejności na Azję Centralną. Już
wcześniej działały tam ruchy dżihadystyczne, np: Islamski Ruch Uzbekistanu czy Islamska Partia Odrodzenia Tadżykistanu. Wszystko
zależy od tego jak potoczą się sprawy w Afganistanie i Pakistanie
oraz w starciu Azerbejdżanu z Armenią o Górski Karabach. Upadek
Pakistanu lub Afganistanu (w rozumieniu obecnych władz) doprowadzi
do przetasowań w Turkmenistanie, Uzbekistanie i Tadżykistanie.
Upadek Azerbejdżanu otworzy drogę na Górny Kaukaz (zresztą, tak
samo jak jego zwycięstwo w wojnie), istną beczkę prochu, a także zmusi do
działania Iran, tak jak Azerowie, całkowicie szyicki.
Destabilizacja i tak średnio zrównoważonej Azji Środkowej (poza
Kirgistanem) zwróci uwagę Chin, a stąd już prosta droga do próby
sił Federacji Rosyjskiej, Kazachstanu i właśnie Chińskiej
Republiki Ludowej.
Co prawda, w niniejszej pracy niewiele
uwagi poświęcam temu co dzieje się na Dalekim Wschodzie, ale dla
pełnego zobrazowania sytuacji na świecie, należy powiedzieć o tym
kilka słów więcej. Problemem tego regionu jest nieobliczalna Korea
Północna, która w ostatnim czasie rozbudowała swój arsenał
atomowy. Jest raczej niewielki (nie wiadomo ile mają bomb - eksperci
obstawiają między 3 a 8 sztuk), a i środki jego przenoszenia
pozostawiają wiele do życzenia (kolejne próby rakietowe kończą
się kompromitacją). Co niespecjalnie uspokaja inne kraje regionu.
Tak niszczycielska siła w zupełnie nieobliczalnych rękach, plus
ekspansywna polityka Chin, doprowadza do tarć dyplomatycznych
pomiędzy ChRL, FR, USA, Koreą Południową i Japonią. Ta ostatnia
zmieniła właśnie swoją obowiązującą od zakończenia II wojny
światowej doktrynę militarną. Do tej pory formalnie nie
posiadała armii, a rozbudowaną strukturalnie obronę terytorialną,
nazywaną Siłami Samoobrony (JDF). Według pacyfistycznej
konstytucji kraju, siłom tym nie wolno było posiadać broni
ofensywnej, ani prowadzić działań nie związanych bezpośrednio z
obroną terytorialną. Jak to wśród Japończyków, zasady te
były stosowane na tyle dosłownie, że w formacji tej nie używa się
stopni wojskowych, a wszyscy jej członkowie są cywilami, którzy
podlegają sądom cywilnym. Jednak w ostatnim czasie poczyniono pewne
zmiany. Chociaż mówi się o zmianie konstytucji, na razie
wprowadzono jedynie pewne modyfikacje. Stale rozbudowywany jest
arsenał (także o środki ofensywne, pozwalające na przeprowadzenie
ataku wyprzedzającego), a od września 2015 doktryna pozwala na
działanie poza terytorium Japonii, jeśli zagrożeni są jej
sojusznicy. Siły Samoobrony stanowią, według rankingu Global
Firepower 2015, aż 9 siłę militarną świata.
Czy taka zmiana w konserwatywnej i
pacyfistycznej Japonii nie powinna mówić nam czegoś ważnego o
zachodzących zmianach w globalnym porządku?
2.2 Wewnętrzne
Wiadomo więc, że największym
zagrożeniem zewnętrznym jest wojna oraz następująca zmiana
układu sił na świecie.
Jednak ważniejsze od niebezpieczeństw
zewnętrznych są zagrożenia wewnętrzne. Nasze, europejskie. To
one mogą tak naprawdę zamienić zielony i bezpieczny rajski ogród,
jakim stała się w znacznej części Europa, w trawioną pożarami,
głodem i chorobami pustynię.
Można je podzielić na trzy
kategorie:
terroryzm, radykalizm i rozbicie.
2.2.1 Widmo terroryzmu

Czym innym jest jednak taka
indywidualna eskapada samotnego wilka (lub szaleńca), będąca
statystyczną ewentualnością, a czym innym szeroko zakrojone akcje
terrorystyczne. Te drugie, zaplanowane i wykonane przez
profesjonalistów, są dużo groźniejsze, bo powodują dużo większą
liczbę ofiar. To właśnie przed tym drugim typem chroni dobrze
działający wymiar sprawiedliwości i aparat służb
odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, a w walce z terrorem
międzynarodowym także wywiad i kontrwywiad. Bez dobrze
zorganizowanego państwa, zapobieganie tego typu aktom jest prawie
niemożliwe. To dlatego Francja od pół roku utrzymuje stan
wyjątkowy, a żołnierze patrolują ulice miast (TVN24). Władze świetnie
zdają sobie sprawę (czego nie kryje Daesh), że ich państwo stało
się głównym celem ataków terrorystycznych. Sytuacja ta utrzyma
się przynajmniej do czerwcowych mistrzostw w piłce nożnej, ale
pewnie znacznie dłużej. Ataki na Euro 2016 byłyby wielkim
propagandowym zwycięstwem Kalifatu (Onet). Poza tym, narastający terror w
przededniu referendum na temat wystąpienia z UE Wielkiej Brytanii,
praktycznie przesądzałby wynik na korzyść „secesjonistów”.
![]() |
Badania opinii publicznej: za pozostaniem w UE (niebieski), przeciw (czerwony) i „nie mam zdania” (czarny). |
W tej chwili ilość zwolenników i
przeciwników „Brexitu” jest niemal równa i nie da się przewidzieć
wyniku głosowania. Wiadomo tylko, że gdyby wygrali eurosceptycy,
osłabiłoby to zarówno Unię, jak i Wielką Brytanię. Dla nas
izolacjonizm Brytyjczyków to także zły znak. Nie tylko z uwagi na
status Polonii, problemy ze swobodnym przepływem osób i towarów,
ale także na utratę naszego strategicznego sojusznika na forum
unijnym (w tym także w kontekście obrony flanki wschodniej Sojuszu
Północnoatlantyckiego). W następstwie, ponowione zostanie
referendum niepodległościowe w Szkocji, co jeszcze bardziej osłabi
Commonwealth. Na taki rozwój wydarzeń stawiać będzie Daesh,
dlatego możliwe, że ataki przeprowadzone zostaną także na
angielskiej ziemi.
Myli się ten, kto myśli, że
wybranie muzułmanina na burmistrza Londynu (Sadiq Khan) dowodzi
dobrych relacji pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami. Tak jak
wszędzie, gdzie istnieją zupełnie wyizolowane z zachodniej
kultury, a często i prawa, muzułmańskie dzielnice, musi dochodzić
do napięć. Wszędzie tam działają salafickie meczety, w których
radykalni imamowie nawołują do dżihadu. Dlatego na ataki
terrorystyczne najbardziej narażone są Francja, Belgia, Niemcy,
Szwecja i Wielka Brytania. Nie chodzi tylko o stronę techniczną,
fakt dużego skupiska ludzkiego takiego samego wyznania, w którym
łatwo przygotować plany i materiały do zamachu. Jak pokazuje
przykład Belgii, to oczywiście ma znaczenie, ale z punktu widzenia
pożądanych do osiągnięcia celów, chodzi o sprowokowanie represji
wobec muzułmanów. Pacyfikacja muzułmańskich dzielnic przez
wojsko czy brutalność protestów ruchów antyimigranckich, to woda
na młyn islamskich rekruterów. Im więcej zwolenników dżihadu,
tym lepiej. A do tego trzeba krwawych zamachów. Najlepiej na
medialnie nośnych imprezach, jak Euro 2016 albo Światowe Dni
Młodzieży. Zadanie jest tym łatwiejsze, że gro zamachowców to
osoby urodzone i wychowane w krajach europejskich, które następnie
atakują. Wychowali się w tych miastach, znają język, niuanse
życia społecznego i topografię. Europejscy dżihadyści są dobrze
rozpoznani przez służby i dokładnie wiadomo, ilu i dokąd ich
wyjechało (np. 1200 Francuzów walczy w Syrii).
Ale cóż z tego, skoro przenikają oni do Europy podając się za emigrantów i podróżują po niej swobodnie, wykorzystując strefę Schengen i brak granic. Jak podaje szef Europolu, w ten sposób na nasz kontynent dostało się nawet do 5000 bojowników. Prawdziwą skalę tego zagrożenia można pojąć dopiero, jeśli uświadomimy sobie, że katastrofalne w skutkach listopadowe ataki w Paryżu, przeprowadziło zaledwie 9 osób. Zresztą ataków terrorystycznych w ostatnim półroczu było naprawdę wiele (źródło), tyle że głównie poza Europą, np. w Pakistanie, Iraku, Jemenie, Syrii. Jeśli wliczymy wszystkie zamachy, także te będące częścią działań wojennych (w wielu krajach granica między działaniem „cywilnym” a wojskowym powoli się zaciera), uzyskamy liczbę ponad 7000 zabitych i ok. 10 000 rannych.
![]() | |
Wykres pokazujący miasta z których pochodzą znani władzom belgijscy dżihadyści. |
Ale cóż z tego, skoro przenikają oni do Europy podając się za emigrantów i podróżują po niej swobodnie, wykorzystując strefę Schengen i brak granic. Jak podaje szef Europolu, w ten sposób na nasz kontynent dostało się nawet do 5000 bojowników. Prawdziwą skalę tego zagrożenia można pojąć dopiero, jeśli uświadomimy sobie, że katastrofalne w skutkach listopadowe ataki w Paryżu, przeprowadziło zaledwie 9 osób. Zresztą ataków terrorystycznych w ostatnim półroczu było naprawdę wiele (źródło), tyle że głównie poza Europą, np. w Pakistanie, Iraku, Jemenie, Syrii. Jeśli wliczymy wszystkie zamachy, także te będące częścią działań wojennych (w wielu krajach granica między działaniem „cywilnym” a wojskowym powoli się zaciera), uzyskamy liczbę ponad 7000 zabitych i ok. 10 000 rannych.
Jakich konkretnie działań możemy
się spodziewać? Tak jak wspominałem, terrorystom najłatwiej
operować na terenach, na których mogą się ukryć i przygotować
do działania. Są to rejony o dużym nasyceniu bliskowschodnią
imigracją, ale nie tą najnowszą, tylko tą już osiadłą i
wrośniętą w miejskie struktury przynajmniej od kilkunastu lat.
Muszą to być też duże miasta, ponieważ wtopienie się w tłum
utrudnia służbom obserwację, a z drugiej strony ewentualny zamach
pociągnie za sobą większą liczbę ofiar. Będzie wobec tego
bardziej „medialny”. Celem są wszelkie instytucje
użyteczności publicznej oraz środki komunikacji miejskiej. Do
tego każde większe skupiska ludzkie, np. związane z wydarzeniami
sportowymi bądź religijnymi (nie jedźcie na Euro2016). Środki
zamachu przeważnie ograniczone są do ładunków wybuchowych, broni
maszynowej lub białej (noży, maczet). Nie należy jednak odrzucać
możliwości użycia innych, kombinowanych środków np. broni
chemicznej (skażenie, zatrucie), ataku na elektrownie jądrowe itp.
Tradycyjnym celem zamachowców są też pociągi i samoloty,
przemieszczające się na trasach krajowych lub międzynarodowych.
Rok 2016 i kolejny będą latami krytycznymi dla Unii Europejskiej. Pamiętajmy, że zamachy to nie wszystko, głównym celem tak terrorystów, jak i agentury światowych hegemonów, jest destabilizacja naszego regionu. To oznacza zamieszki i brutalne protesty (wystarczy grupa agentów, która przeprowadzi prowokacje), policję i wojsko na ulicach, kontrole graniczne, przeszukania i aresztowania, akty odwetu, podpalenia i przewroty polityczne. Osobiście, uważam, że po Europie należy poruszać się z dużą ostrożnością i zdecydowanie unikać dużych skupisk ludzkich. A już całkowicie unikać wszelkich podróży na Bliski Wschód lub do Maghrebu (zapomnieć o wakacjach w tamtych rejonach, nawet jeśli będą tanie). Czy wobec tego pozostaje wyjechać gdzieś w góry i wieść pustelnicze życie przez następnych kilka lat? Nie ma co przesadzać. Po prostu zachowajmy zdrowy rozsądek i minimum ostrożności.
![]() |
Zanach w Madrycie 2004. AFP / Christophe Simon
|
Rok 2016 i kolejny będą latami krytycznymi dla Unii Europejskiej. Pamiętajmy, że zamachy to nie wszystko, głównym celem tak terrorystów, jak i agentury światowych hegemonów, jest destabilizacja naszego regionu. To oznacza zamieszki i brutalne protesty (wystarczy grupa agentów, która przeprowadzi prowokacje), policję i wojsko na ulicach, kontrole graniczne, przeszukania i aresztowania, akty odwetu, podpalenia i przewroty polityczne. Osobiście, uważam, że po Europie należy poruszać się z dużą ostrożnością i zdecydowanie unikać dużych skupisk ludzkich. A już całkowicie unikać wszelkich podróży na Bliski Wschód lub do Maghrebu (zapomnieć o wakacjach w tamtych rejonach, nawet jeśli będą tanie). Czy wobec tego pozostaje wyjechać gdzieś w góry i wieść pustelnicze życie przez następnych kilka lat? Nie ma co przesadzać. Po prostu zachowajmy zdrowy rozsądek i minimum ostrożności.
Czy Polska jest w tym kontekście
bezpieczna? Oczywiście, że nie. Natomiast z uwagi na homogeniczność
naszego społeczeństwa, jakikolwiek atak będzie trudny do
przeprowadzenia (może z wyjątkiem Światowych Dni Młodzieży). Zagrożone mogą być
wielkie miasta, ale to też w sposób ograniczony. Niemniej, nasze
służby nie działają w 100% sprawnie, dlatego chronieni jesteśmy
bardziej przez własną historię i strukturę społeczną, niż
faktyczne działania aparatu państwowego. W tej chwili nie
prowadzimy też działań zbrojnych przeciwko ISIS, toteż
pozostajemy na obrzeżach zainteresowania Kalifatu. Przez Polskę
prowadzą szlaki przemytnicze, ale to na razie tyle. Mówiąc
brutalnie, trochę szkoda „dobrych” dżihadystów na ataki
w kraju, który, z punktu widzenia bliskowschodniej polityki, niewiele może i niewiele znaczy. W dodatku, kraju jawnie
antyislamskim - bo taką mamy opinię w świecie arabskim. Być może
mogą nas czekać ograniczone w skali ataki samotnych wilków, ale
raczej nie zorganizowanie akcje, takie jak te w Paryżu czy Brukseli.
Sytuacja ta może się zmienić i ulec pogorszeniu, ale nadal będzie
znacznie lepsza niż w krajach zachodniej Europy. Dla nas większym
zagrożeniem zawsze będzie wojna na wschodzie niż islamski
terroryzm.
2.2.2 Radykalizm
A wszystko przez imigrantów, prawda?
Otóż nie. Czy naprawdę są źródłem terroryzmu? Przyczyną
wszelkich kłopotów jakie spotykają Unię? Na świecie, wokół
całej Europy trwa wojna i nasz kontynent jest logicznym miejscem
ucieczki ludności przed śmiercią i cierpieniem. Czy jak w Polsce
przez wiele tygodni padał deszcz i rzeki wystąpiły z koryt
doprowadzając do powodzi, to też wszyscy winili pogodę? Bo z tego
co pamiętam, główną winą obarczono lata zaniedbań w
infrastrukturze przeciwpowodziowej, ignorancję samorządów i
państwa. Pewnie, że to duże uproszczenie. W końcu wśród
uchodźców jest też wielu imigrantów ekonomicznych, ale porównanie
jest adekwatne. Gdybyśmy dbali o system i egzekwowanie prawa oraz
dynamicznie reagowali na zagrożenia, sytuacja nie wymknęłaby się
spod kontroli. Tymczasem niekontrolowany napływ ludzi pozwolił
rozwinąć skrzydła nie tylko terrorystom, ale też wszelkiej
przestępczości. Przemytnikom narkotyków i broni, handlarzom
niewolników (seksbiznes), złodziejom, bandytom itd. Na przewożeniu
ludzi przez Morze Śródziemne powstają całe gangsterskie fortuny.
To z kolei musiało doprowadzić do wzrostu przestępczości, któremu
przeciążone służby nie mogą sprostać. Gdzie znowu dochodzimy do
zagrożenia terrorystycznego. Prócz tego, rośnie poczucie
zagrożenia wśród miejscowej ludności. W dodatku nie zostaje
rozładowane działaniami administracyjnymi. Napięta sytuacja trwa
dni, tygodnie i miesiące. W końcu frustracja i strach, zastępują
początkową empatię i chęć niesienia pomocy. Irytacja przeradza
się w złość, a stąd już tylko krok do ulicznych demonstracji i
zamieszek na tle kulturowym. Te, tłumione są przez władze bojące
się pogromów, a to znowu wzmaga poczucie niesprawiedliwości wśród
sfrustrowanych obywateli.
Tym sposobem docieramy do
punktu, w którym zawiedzeni dotychczasowym porządkiem ludzie,
wybierają w najbliższych wyborach siły skrajne, często silnie
nacjonalistyczne. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w
trapionej przez zalew imigrantów i ataki terrorystyczne Francji.
Jeszcze kilka lat temu nacjonalistyczna partia Front Narodowy Marine
Le Pen uznawana była za marginalną, utożsamianą z zacofaniem i
buractwem. W grudniu 2015 roku omal nie wygrała wyborów
samorządowych. W niektórych departamentach poparcie dla jej
kandydatów przekraczało w pierwszej turze 40% (np. dotknięte przez
zalew imigrantów Calais i alpejskie Côte d'Azur). Ponieważ
jednak francuski system wyborczy ma też drugą turę, głównym
partiom udało się zawrzeć pospiesznie wypracowane, szerokie
porozumienie. Polegało ono na wycofaniu się części kandydatów i
skonsolidowaniu głosów na najpopularniejszych w danym regionie
politykach, niezależnie od ich politycznej afiliacji, byleby nie
radykalnych. Wszystko w celu zablokowania wygranej FN. Pomogło też
taktyczne głosowanie wyborców tychże partii, na tzw. „mniejsze
zło”. Tym sposobem, oszukując nieco zasady demokracji,
odwleczono to, co wydaje się nieuchronne. Front Narodowy zdobył „jedynie” ponad 27% głosów w skali kraju (czyli ponad 6,8
mln), przy 40% umiarkowanej prawicy i 31% dla lewicy. Tymczasem
wybory prezydenckie w Austrii, wygrywa kandydat nacjonalistycznej
partii FPÖ (PSZ), a w Niemczech rośnie
w siłę antyestablishmentowa AfD. A przecież nie tak dawno scenę
polityczną Grecji, Portugalii i Hiszpanii, przejęły ugrupowania
powstałe na fali społecznego niezadowolenia i bankrutujących
gospodarek. Tyle że wtedy były to partie skrajnie lewicowe. Ludzie są
zmęczeni dotychczasową władzą i jest to po wielu latach rządów
tych samych polityków, zjawisko zupełnie naturalne. Na to nakłada
się jednak postępująca radykalizacja przekonań wywołana kryzysem
gospodarczym, falą imigracyjną i zagrożeniem terrorystycznym.
Mówiąc krótko, poczuciem utraty bezpieczeństwa, które, powodując
strach, wzbudza nieracjonalną chęć wyboru łatwych i szybkich
rozwiązań. A takie rzadko bywają właściwymi w dłuższej
perspektywie czasowej. Przed nami lata rządów populistów, a im
bardziej zagrożeni będą czuć się obywatele, tym bardziej
radykalnych wybiorą przedstawicieli.
Vox populi, vox Dei - głos ludu, głosem Boga. To dlatego radykałowie będą prześcigać się w coraz śmielszych pomysłach. Zamknięcie granic? Natychmiast. Stworzenie obozów przejściowych (a naprawdę koncentracyjnych)? Nie ma sprawy. Zawieszenie praw obywatelskich, stany wyjątkowe, przymusowy pobór do wojska, zawieszenie wyborów itd. Przykłady można mnożyć. Przecież radykalizm, chociaż wyniesiony do władzy na fali zagrożeń ze strony ruchów islamistycznych, przełoży się także na wszelkie inne aspekty działalności państwowej, w tym na politykę unijną i tą względem np. działań Rosji. Czy solidarność europejska to wytrzyma? Być może, jeśli wykorzystamy kryzys do reformy Unii. Przy czym będzie to o tyle trudne, że wszelkie europejskie skrajni ruchy i partie, grać będą na rozbicie UE, izolacjonizm oraz zbliżenie z Rosją. Dla naszego regionu to ogromne zagrożenie i nie lada wyzwanie.
2.2.3 Rozbicie
Radykalizm
i nacjonalizm (bez związku z patriotyzmem), taki, który idzie w
izolacjonizm, egoizm, a czasem ksenofobię, stanowi istotne
zagrożenie dla jedności Unii Europejskiej. Trzeba jednak uczciwie
zauważyć, że w niektórych krajach radykalne ugrupowania mają
charakter stricte lewicowy. Tak jest przecież z grecką Syrizą,
hiszpańskim Podemos, czy niemieckim Die Linke. To dlatego wszystkie
tego typu grupy, finansowane są przez Kreml. Sprawa jest na tyle
czytelna i jednowymiarowa, że każdy przywódca skrajnych partii,
czuje się w obowiązku złożyć wizytę Władimirowi Putinowi. Tak
było z Marine Le Pen, tak było z przywódcą węgierskiego Jobbik,
Gáborem Voną. Jeśli nie wizyta w Moskwie, to
przynajmniej publiczne słowa popierające Rosję w sprawie aneksji
Krymu, albo interwencji w Syrii (Defence24).
Jeśli ludzie ci w jakikolwiek sposób zdobędą lub zbliżą się
do władzy, spodziewajmy się zniesienia sankcji nałożonych na
Federację Rosyjską, oraz sprzymierzenia się z nią w walce z
Kalifatem. Pamiętajmy niesławny przykład niemieckiego kanclerza
Gerharda Schrödera, który będąc na urzędzie, latami lobbował na
rzecz Rosji, m.in. pośrednio zablokował polsko-norweski projekt
połączenia gazowego, zamiast czego powstała pierwsza nitka
gazociągu NordStream. A gdy jego kadencja upłynęła, otrzymał w
nagrodę ciepłą posadkę w Gazpromie (Natemat). Agentura wpływu jest więc faktem także dzisiaj, a dojście tych
ludzi do władzy przysporzy nam nowych wrogów w Europie. Taki rozwój
wypadków rodzić będzie międzynarodowe reperkusje. Polska zostanie sama z problemem wschodniej flanki NATO. Liczyć
będziemy mogli najwyżej na USA i ewentualnie Wielką Brytanię.
Scenariusz z „bałtyckiego gambitu” stanie się bardzo
prawdopodobny, a do tego dojdzie jeszcze intensyfikacja rosyjskich
działań na Ukrainie i w Gruzji. Sojusz Europy z Rosją rozsierdzi
Turcję, która wraz ze swoimi sojusznikami zadba o rozpalenie
konfliktu między Armenią a Azerbejdżanem (a do tego zamknie
cieśninę Bosfor, co i tak zmusi Rosjan do poszukiwania drogi
lądowej do Syrii - Forsal). Sytuacja zamiast ulec poprawie, doprowadzi do
ostatecznego rozbicia Unii Europejskiej i możemy tylko mieć
nadzieję, że do tego czasu uda się zbudować silne porozumienie
państw środka, tzw. międzymorza.
W tym miejscu ważna uwaga. Istnienie Unii Europejskiej jest
jednym z gwarantów naszego bezpieczeństwa. Każdy kto przyklaśnie
rozpadowi „eurokołchozu”, chyba nie zdaje sobie sprawy w
jak niebezpiecznym momencie historii się znaleźliśmy. Rozpad,
prócz powrotu granic (co i tak nastąpi, przynajmniej czasowo),
oznacza przecież rozbicie jedności i uzależnienie jakiekolwiek
pomocy czy wzajemności między państwami europejskimi, od
widzimisię rządzących, ich dobrej woli, a nie tak jak teraz,
twardego prawa. Unia, oczywiście, nie rozpadnie się z dnia na dzień,
to zbyt skomplikowany organizm, oparty na wielu umowach
międzynarodowych i aktach prawnych. Nastąpi to etapami i niejako „de facto”: i) granice, zmiana prawa krajowego w oderwaniu albo i wbrew
przepisom unijnym (kraje powołają się przy tym na własne
konstytucje, jako nadrzędne); ii) wypowiedzenie niektórych umów
międzynarodowych; iii) brak porozumienia wszystkich członków wspólnoty
i podejmowanie indywidualnych działań na arenie międzynarodowej.
Powstanie grup interesu opartych na tradycyjnych sojuszach (np.
oddzielnie państwa południa, obok Francja-Niemcy, osamotniona
Europa Wschodnia itd.).
Oczywiście, istnieje pewna ewentualność, która przypieczętuje
śmierć Unii, praktycznie z dnia na dzień. Dla przykładu,
wyobraźmy sobie sytuację, w której w wyniku podłożonych ładunków
wybuchowych wali się brukselski budynek Komisji oraz Parlament,
grzebiąc w swoich gruzach wielu urzędników, komisarzy i
parlamentarzystów. Co prawda, Unia dysponuje innymi lokalizacjami
(np. w Strasburgu), ale przeprowadzenie jakichkolwiek wyborów
uzupełniających w warunkach wprowadzonego w różnych krajach
Europy stanu wyjątkowego, będzie zwyczajnie niemożliwe. A co jeśli
zrealizuje się scenariusz, o którym pisałem a propos Belgii?
Zbrojne powstanie, które praktycznie wyłączy z „użytkowania”
całe miasto razem z jego instytucjami?
Ale po co fantazjować, jeśli w perspektywie zaledwie miesiąca o
wystąpieniu z Unii może postanowić Wielka Brytania, kraj dla niej
absolutnie kluczowy tak gospodarczo, jak politycznie. Zwracam uwagę
zwłaszcza na gospodarkę. Rozpad wspólnoty to utrata wolnego i
otwartego rynku. To stracenie zamówień przez firmy i bankructwo, to
powrót do kraju wielu emigrantów zarobkowych, a co za tym idzie
także gwałtownie rosnące bezrobocie. To załamanie się euro i
możliwa hiperinflacja. W efekcie ostateczne zerwanie solidarności
gospodarczej i wprowadzenie mechanizmów chroniących rynki krajowe
przed towarami i pracownikami zagranicznymi. To krach na europejskich
giełdach, a dalej bankructwa banków. To absolutny chaos, przy
którym kryzys gospodarczy lat 2008-2009 wyda się dziecinną
igraszką.
Podsumowanie
Filarami
naszego bezpieczeństwa są Unia Europejska, NATO oraz własna
armia. Na żadnym z tych elementów nie możemy w tej chwili polegać,
ale musimy robić wszystko, by zmienić ten stan rzeczy. Musimy
wykazać się wspólnotową solidarnością, musimy animować
politykę NATO i musimy rozbudowywać naszą armię, nie jutro, nie
za rok ale dzisiaj, teraz, natychmiast. Jest to nasze być albo nie
być. W najlepszym razie, wyjdziemy z tego kryzysu wzmocnieni, a
sprawa rozejdzie się po kościach (mało prawdopodobne). Nasze
działania wewnątrz wspólnoty muszą prowadzić z jednej strony do
wzmocnienia współpracy, ale z drugiej do koniecznych reform jej
polityki i prawa. Nie możemy jednak godzić się na wszystko, bo
rozpad unii jest na tyle realny, że przedkładając jej interesy nad
swoimi, postawimy się w niekorzystnej sytuacji, kiedy jej zabraknie.
Ponadto, na pewne sprawy nie mamy wpływu. Nie uszczelnimy
niemieckich granic i nie zamkniemy ich salafickich meczetów. Nie
zagłosujemy w brytyjskim referendum i nie zreformujemy greckiej
gospodarki. Nie zbudujemy Belgom armii i nie powstrzymamy wszystkich
zamachów.
Nawet
NATO, którego spiritus movens są przecież USA, może okazać się
siłą niewystarczającą do zapewnienia nam bezpieczeństwa. Sojusz
gotowy jest działać tak jak dotychczas, czyli poprzez marynarkę i
lotnictwo, ale z zaangażowaniem wojsk lądowych jest znacznie
gorzej. Jeśli już, nastąpi to w ograniczonym zakresie (zapowiadane
na szczyt NATO w Warszawie, dwie brygady). W ostatecznym rozrachunku,
możemy liczyć tylko na siebie. A nasza armia jest w tej chwili w
marnym stanie (przede wszystkim, osobowym). Co prawda MON stara się
sytuację naprawić, ale nie ma gwarancji, że dane nam będą
jeszcze co najmniej 2-3 lata spokoju, a tyle czasu potrzeba, by
istotnie wzmocnić nasz potencjał obronny i mieć jakiekolwiek
nadzieje na powstrzymanie agresora.
Józef
Piłsudski, będąc już u schyłku życia, miał powiedzieć:
"Balansujcie jak długo się da, a gdy się nie da, podpalcie świat."
Miał
na myśli położenie między radziecką Rosją, a hitlerowskimi
Niemcami. Między walczącymi o wpływy hegemonami. Odwieczny polski
problem, z którym ponownie musimy się zmierzyć. Dziś jednak
powinniśmy być mądrzejsi o historyczne doświadczenia. Jesteśmy
zbyt słabi militarnie, by angażować się w wojny i zbyt słabo
kreowaliśmy naszą politykę regionalną, by stać się (mimo
naturalnych przesłanek) przeciwwagą dla Wschodu i Zachodu. Dlatego
póki tego stanu rzeczy nie zmienimy (przez pracę wewnętrzną),
musimy wspierać Zachód. A kiedy w wyniku rozwoju sytuacji,
przestanie on gwarantować nasze bezpieczeństwo, priorytetem musi
być odsunięcie wojny od naszego terytorium. Choćby oznaczało to
odwrócenie się plecami do dotychczasowych sojuszników. Nie
popełniajmy błędów Józefa Becka, który w swoim (tak dziś
lubianym) pompatycznym przemówieniu stawiał jakiś przedziwny twór
nazywany „honorem narodu” wyżej niż życie obywateli i
integralność państwa polskiego. Nie ma czegoś takiego jak honor w
polityce międzynarodowej. Są tylko partykularne interesy i
pragmatyzm, a ten ostatni powinien być dla nas jedynym wyznacznikiem
polityki. Owszem, budujmy Międzymorze powolnymi, mozolnymi krokami.
Proces ten zajmie lata, nie kilka i nie kilkanaście, ale dziesiątki.
Nie ma nic złego w ustanowieniu tak dalekosiężnego kursu naszej
polityki. W końcu Niemcy od ponad stu pięćdziesięciu lat forsują
swoją Mitteleuropę (koncepcja ta w naturalny sposób ewoluowała z
militaryzmu w dominację gospodarczo-polityczną).
Terroryzm, radykalizm i rozbicie jedności. To musimy, my jako Europa, przetrwać.
To
tyle, jeśli chodzi o wielką politykę, na którą większość z
nas nie ma wpływu. Jak odnaleźć się w tym wszystkim, z pozycji
zwykłego, szarego obywatela? Rozpisałem się ponad miarę, więc
nie będę już zagłębiać się i straszyć wojną, konwencjonalną
lub jądrową. Uważam bowiem, że Polska jest mimo wszystko jednym z
bardziej bezpiecznych krajów w całej tej zawierusze i jeśli
będziemy mieli choć trochę oleju w głowie, łut szczęścia,
wyjdziemy z tych niespokojnych czasów wzmocnieni. Jako obywatele
pamiętajmy, że kryzys międzynarodowy pociągnie za sobą głównie
problemy gospodarcze i finansowe. Giełdy i banki będą w tarapatach
i kto ma akcje, obligacje lub korzysta z innych instrumentów
finansowych, powinien raczej pieniądze wypłacić, kupić za nie
złoto lub srebro i wsadzić w skarpety. Przynajmniej na najbliższe
dwa lata. Oprócz tego nie podróżujmy w miejsca zagrożone
terroryzmem lub wojną. Jeśli na takich terenach mieszkamy, pora
pomyśleć o przeprowadzce. Zachowajmy czujność w masowych środkach
komunikacji i nie dajmy się zwariować. Przede wszystkim, należy
spodziewać się chaosu informacyjnego, zwykłych wierutnych bzdur,
kłamstw i przeinaczeń obliczonych na sensację i sianie paniki.
Spokojnie czekajmy na potwierdzenie informacji i wtedy dopiero
analizujmy fakty, a nie plotki. Strach jest złym doradcą, a
wszystko ma swoją przyczynę. Starajmy się zrozumieć wydarzenia.
Mam
nadzieję, że przedstawione w niniejszej publikacji informacje i
przemyślenia, przyczynią się do lepszego zrozumienia tego co się
dzieje. Krótki z początku artykuł urósł do iście
gargantuicznych rozmiarów. Starałem się w nim zawrzeć wszystko co
istotne, jednocześnie unikając zbędnej grafomanii. Czy wyszło?
Ktokolwiek dotarł do końca tego tekstu, już pewnie ma wyrobioną
opinię :-)
Życzę
wszystkim powodzenia. To, że stoimy na krawędzi, nie znaczy
jeszcze, że spadniemy w przepaść. Świat zmieniał się już nie
raz i ten też nie będzie ostatnim. Trzeba wierzyć, że będzie
dobrze.
maj
2016
Autor: Filip Dąb-Mirowski