czwartek, 6 lipca 2017

Trump: Wojna cywilizacji


Krótka wizyta Donalda Trumpa w Warszawie przebiegła w dużej mierze zgodnie z przewidywaniami. Ogłoszono podpisanie wielomiliardowych umów na system artyleryjski HIMARS (pol. "Homar") oraz memorandum dotyczącego rakiet plot. Patriot w wersji PAC-3+ (pol. "Wisła"). Oba zakupy były już od dawna negocjowane a szczegóły dotyczące systemu Patriot będą jeszcze ustalane, bo na razie mamy do czynienia jedynie z listem intencyjnym. Wcześniej nie było pewności czy Amerykanie w ogóle zgodzą się na tę transakcję. Wiele uwagi poświęcono możliwym umowom handlowym polegającym na importowaniu amerykańskiego gazu LNG tak do Polski, jak i dalej do innych krajów regionu. Trump żartował, że następny kontrakt możemy podpisać nawet w ciągu 15 minut, na co Duda przytomnie odpowiedział, że zrobią to właściwe firmy państwowe, a nie rządy czy prezydenci. Nie ma się jednak co dziwić, wszystkie te umowy handlowe to perspektywa wieloletniej współpracy i kooperacji.
Z kolei spotkanie w ramach Trójmorza miało pokazać, że USA akceptuje tę inicjatywę (a w jej ramach Polskę jako lidera) i chętnie udzieli jej swojego wsparcia politycznego i handlowego. Trzeba pamiętać, że nie dla wszystkich reprezentowanych tam państw, wizja dostaw amerykańskiego gazu jest taka oczywista. Kilku członków ma silne związki z Rosją i ich udział w budowie alternatywy gazowej może stać pod znakiem zapytania. Nawet jeśli będzie odpowiednia wola polityczna, gazoport w Świnoujściu czy terminal na wyspie Krk to jeszcze za mało by słowo stało się ciałem. Potrzebny jest sam gaz oraz infrastruktura do jego przesyłu. Amerykanie zaprosili wszystkich zgromadzonych do rozmów. Trump powiedział mniej więcej tyle: jeśli chcecie być niezależni od monopolu rosyjskiego to my wam w tym pomożemy. Zapewnimy infrastrukturę, damy gaz i obie strony zrobią na tym dobry biznes. Musicie się dogadać między sobą co i jak, dajemy tylko możliwość, a wy sami musicie po nią sięgnąć. Dla wielu z obecnych przywódców był to też jeden z rzadkich momentów, w którym mogli zamienić kilka słów z prezydentem USA. Brzmi zabawnie ale małe państwa zazwyczaj po prostu czekają w kolejce na audiencję (i tak np: prezydent rodzimej dla Melanii Trump Słowenii skorzystał z okazji i zaprosił parę prezydencką do kraju), cenią więc takie chwile. Powtarzano, że inicjatywa nie jest wymierzona przeciwko Unii Europejskiej ale stanowi jej integralną całość. Jest po prostu platformą współpracy handlowej i infrastrukturalnej państw w osi północ-południe, a nie tradycyjnego ustawienia wschód-zachód. Zresztą, nie chodzi tylko o gaz ale też o Via Carpatia, połączenia kolejowe itp. To ważne, bo zdecydowanie zbyt wielu komentatorów myli Trójmorze z historyczną ideą Międzymorza, bytu alternatywnego wobec Unii Europejskiej o którym tutaj po prostu nie ma mowy. Tymczasem pierwsze porozumienia między firmami polskimi a chorwackimi mają być podpisane jeszcze w tym tygodniu. W przyszłym roku grupa spotka się w Bukareszcie, a w międzyczasie pracować będą zespoły robocze klarujące szczegóły współpracy. Tę inicjatywę należy docenić, a obecność amerykańskiego prezydenta w charakterze gościa honorowego na spotkaniu na pewno jej pomoże w realizacji zamierzeń.
We wcześniejszym wpisie, twierdziłem, że Donald Trump podobnie jak to zrobił np: podczas wizyty w Arabii Saudyjskiej, niejako mianuje regionalnego przywódcę. Zdania nie zmieniam bo dokładnie tak się stało. Musimy odrzeć to wydarzenie, ze wszystkich nic nie znaczących słów i gestów i skupić się na faktach. Wyznaczenie lidera nie odbywa się w warstwie słownej i poklepania po plecach (chociaż ustne potwierdzenie jest oczywiście istotne), tylko poprzez danie faktycznych narzędzi do realizacji tego celu. Polska jako jedyny poza USA kraj dostanie rakiety Patriot w najnowszej wersji, równolegle z US Army. To nic, że nim to nastąpi minie jeszcze kilka lat, a do wynegocjowania pozostaje właściwy kontrakt, offset i umowa towarzysząca (system "Narew" oraz radary). Polska będzie też mieć możliwość dystrybucji amerykańskiego gazu w regionie. Ma amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa i amerykańską armię na swoim terytorium. Niby o tym wszystkim wiemy od przynajmniej roku, ale teraz uzyskujemy osobiste potwierdzenie z ust nowego prezydenta, a za tym pójdą kolejne działania. Przechodzimy do realizacji następnego etapu tego obliczonego na lata planu polegającego na tym, by Polska była niezależna i wolna od rosyjskich nacisków. Nie będzie jej można zastraszyć rakietami Iskander z Kaliningradu ani szantażem gazowym jak to się dzieje obecnie. Co więcej, to swoje bezpieczeństwo i niezależność będzie w stanie eksportować na pozostałe kraje regionu. Na tym polega siła otrzymanych narzędzi, która poparta została zupełnie jasną deklaracją polityczną - Polska jest strategicznym sojusznikiem USA. Co nie znaczy, że ten czy jakikolwiek inny kraj odwali za nas całą robotę albo da nam technologie i rakiety za darmo. Trump bardzo wyraźnie podkreślał, że wysiłek na rzecz bezpieczeństwa jest także kolektywnym wysiłkiem finansowym wszystkich członków NATO. To co otrzymaliśmy jest tylko historyczną okazją do zbudowania siły i niezależności naszego kraju, którą miejmy nadzieję nasze władze w pełni wykorzystają. Powtarzam, w tej części wizyty obyło się bez niespodzianek.
Jednak tym na co wszyscy tak naprawdę czekali było przemówienie Donalda Trumpa na pl. Krasińskich w Warszawie. Historycznym miejscu ozdobionym ogromnym pomnikiem Powstania Warszawskiego. Oczywiście, był to jeden wielki show. Z jednej strony poinstruowane grupy widzów skandowały co i rusz imię amerykańskiego prezydenta. Z drugiej, Trump odwdzięczał się licznymi komplementami, ukłonami i deklaratywnym uwielbieniem dla Polski i Polaków. Brak tu miejsca na pełną analizę tekstu (linki do transkrypcji podaję poniżej) dlatego skupię się tylko na drugiej części przemowy. Pierwsza - stanowiła bardzo szczegółowe odwołanie historyczne. Była miła dla ucha ale bez większego znaczenia ponad to jedno, że nasza narracja historyczna dostała darmową reklamę (co ma swoją wartość). Miłe słowa dla Polaków miał zawsze, każdy z odwiedzających nas amerykańskich prezydentów. Fakt, że Trump zaskoczył wklepaną na piątkę wiedzą i dla odmiany nie pomylił Powstania Warszawskiego z Powstaniem w Getcie, liczy mu się na plus. Cały ten historyczny wykład poza politycznym marketingiem był tylko wprowadzeniem do drugiej części adresowanej do świata, a nie Polaków.
A w niej Donald Trump przedstawił ideowe cele swojej prezydentury oraz wezwał Zachód do jedności i walki w obronie wartości: wiary w Boga, rodziny, wolności osobistej, a także osiągnięć zachodniej cywilizacji. Stanął w obronie jej tradycji i historii oraz zwyczajów. Takie odwołanie do Boga i religii nie zdarzyło się żadnemu zachodniemu przywódcy od bardzo wielu lat. W swojej wizji Trump przedstawił zagrożenia: terroryzm, ekstremizm, czy poddanie się obcej dominacji kulturowej. W ujęciu państwowym dodał także agresję militarną, propagandę, przestępstwa finansowe czy wojnę cybernetyczną. W tym kontekście wymienił działania Rosji, jej ingerencję na Ukrainie i w Syrii, a także Iran czy Północną Koreę. A do nich dodał jeszcze wszechobecną biurokrację jako siłę zabijającą ducha wolności, robiąc oczywiste choć nienazwane nawiązanie do Unii Europejskiej w rozumieniu administracyjnym. Temu wszystkiemu przeciwstawił zachodnią cywilizację - jej wolność, pluralizm, otwartość, chrześcijańskie korzenie, historię, chęć ciągłego rozwoju i zdobywania wiedzy. Stwierdził, że żadne posiadane pieniądze i technologia nie zastąpią woli i przekonania, by zwyciężyć niebezpieczeństwa. Na przykładzie Polski udowadniał, że czasem tylko wiara i niezłomność pozwalają przetrwać. Powiedział, że Europa musi się zdecydować, czy chce bronić swojej tożsamości czy też zniknąć i nieodwracalnie utracić zdobyty przez lata dorobek. Niemal dosłownie wzywał do zamknięcia granic i zdecydowanej polityki migracyjnej. Przypomniał o potrzebie zbrojeń i zapewnił, że USA wypełni zobowiązania wynikające z art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego ale tego samego oczekuje od innych. Swojej przemowy nie adresował tylko do rządów ale i zwykłych obywateli. To oni stanowią sól ziemi, prawdziwe serce zachodniej kultury stanowiące o jej sukcesie i przetrwaniu. Amerykański prezydent rzucił Unii Europejskiej wyzwanie, sięgnął po przywództwo. Nie tylko fizyczne, oparte na sile militarnej i gospodarczej jak dotychczas, ale ideologiczne. Wezwał do powrotu do korzeni i obudzenia się z prowadzącego do zagłady marazmu i niezdecydowania. Zaproponował to, czego Zachodowi od dawna brakowało. Koherentnych, uniwersalnych dla naszej kultury wartości, wokół których warto się organizować i które warto bronić. A które poprawność polityczna Europy od dawna spychała w niebyt. Nazwał po imieniu to, o czym od dawna mówią eksperci i coraz bardziej radykalnie nastawione grupy walczące z establishmentem - wojna cywilizacji. A nie ma obrony przed obcą doktryną bez odwołania się do własnej, równie silnej koncepcji.
To była ważna deklaracja i ważna przemowa, a Polska wpisała się w tę narrację wprost idealnie. Na razie w naszych mediach przemknęła niezauważona. Na razie na świecie więcej mówi się o Korei Północnej. Nie mam wątpliwości, że usłyszano ją na szczycie G20 chociaż wszyscy czekają na spotkanie Trump - Putin. W każdym razie, tzw. alt-prawica na pewno tego tematu nie przepuści a to znaczy, że wkrótce internet spopularyzuje to przemówienie.

Linki do transkrypcji przemówienia:

Wersja angielska

Wersja polska

 

wtorek, 4 lipca 2017

Nowe rozdanie Trumpa

Odkąd gruchnęła wieść o przyjeździe amerykańskiego prezydenta do Polski, nasze media prześcigają się w domysłach i spekulacjach co też ona może oznaczać? Czy, jak chce obóz rządzący, jest to wizyta potwierdzająca pozycję naszego kraju na świecie i dowód skuteczności polityki zagranicznej? Czy może, jak mówi opozycja, nic nie znaczący gest kontrowersyjnego polityka, który wpada tylko pouśmiechać się wśród sobie podobnych i zaraz leci na szczyt G20?
Nie warto tracić czasu na propagandowe gdybanie, gdy na stole leżą już niemal wszystkie karty i rozdanie wydaje się oczywiste. Parafrazując klasyka, tak naprawdę wszyscy wszystko wiedzą. Scenariusz został już ustalony.
 
 
Donald Trump jest człowiekiem, czy to się komuś podoba czy nie, determinującym kierunek w jakim zmierza światowy układ sił. Jego zagraniczne wizyty, uściski dłoni i przemowy mają znaczenie. Świat słucha. Reprezentuje kraj pełniący przez ostatnie 26 lat rolę absolutnego hegemona. USA, morskiego imperium panującego nad całym Rimlandem (w kontrze do Heartlandu), którego pozycja w ostatniej dekadzie stała się niepewna. Ta słabość objawiająca się biernością, a wręcz celowym wycofywaniem się ze strefy wpływów była domeną rządów pacyfistycznie nastawionego idealisty Barracka Obama. Oczywiście, przyczyny takiej polityki są dużo bardziej złożone i często niezależne od prezydenckiej woli. Jak scheda po G.W. Bushu, kryzys gospodarczy, przemiany społeczne czy wreszcie działania innych mocarstw. Niemniej, wiele osobistych decyzji Obamy doprowadziło do poważnych, negatywnych konsekwencji (m.in. sprawa niesławnej "czerwonej linii" dla Assada) i eskalacji konfliktów. Poświęcam temu zagadnieniu wiele stron w "Globalnej Grze" (ebook) i tam odsyłam wszystkich ciekawych szczegółów. W formule fejsbukowej publikacji po prostu nie ma miejsca na detale. Trump doszedł do władzy na fali przemian i buntu społecznego, dokładnie tak jak Obama, tego samego zrywu, który przemeblował już niejedną krajową scenę polityczną. Zaczęło się od "rewolty" o zabarwieniu socjalistycznym (na fali kryzysu 2008 roku), by w kolejnej fazie rozczarowania establishmentem, przerodzić się w coś bardziej radykalnego, antyglobalistycznego i nacjonalistycznego (nie myląc z szowinizmem).
Piszę to tylko po to, by nakreślić tło wydarzeń. Polityka Trumpa polega dzisiaj na odzyskaniu przez USA utraconej pozycji i to w formie właśnie takiego prawicowego radykalizmu. By mógł tego dokonać potrzebuje pieniędzy - tak jako narzędzia, jak i celu samego w sobie. W polityce wewnętrznej powstrzymuje go Kongres i dlatego realizacja planów - czy to przez pobudzenie gospodarki (planowana reforma podatkowa), czy też przez oszczędzanie (ucięcie kosztownych programów socjalnych)- idzie bardzo wolno. Ale w polityce światowej to on rozdaje karty. Tym bardziej że imperium ma jeszcze kilka asów w rękawie. Podstawą jest więc poprawienie ujemnego bilansu handlowego. Każda wizyta zagraniczna prezydenta obliczona jest na wymierne korzyści. Są to przeważnie wielomiliardowe kontrakty (ostatnia wizyta na Bliskim Wschodzie, ale też spotkanie z premierem Indii) lub zapowiedzi/działania zmierzające do długofalowej współpracy handlowej. W zamian USA oferuje swoją wieczną przyjaźń, a to oznacza wsparcie zarówno polityczne, jak i militarne. Tam gdzie to możliwe, wyznacza też swoich sojuszników na regionalnych rozgrywających. Dokładnie tak stało się w przypadku Arabii Saudyjskiej, która z uwagi na zachowanie Turcji, zajęła jej miejsce największego sojusznika USA w regionie. Jest to zresztą idealny przykład na wprowadzenie w życie zasady "dziel i rządź" (vide sytuacja wokół Kataru). Metodą kija i marchewki USA odzyskuje utraconą pozycję i w tej chwili znowu liczy się w wielkiej rozgrywce o Syrię i Irak (chociaż perspektywy są niepewne ale to inna bajka). Podobnie postąpiono dogadując się z Indiami (kosztem Pakistanu) oraz Koreą Południową (kosztem Filipin).
Przez moment wydawało się też, że cyniczny pragmatyzm i interesy zwyciężą w stosunkach z Chinami. Jednak znakomite relacje Xi Jinpinga i Donalda Trumpa nie przyniosły spodziewanych przez USA rezultatów (m.in. ciągle eskalująca sytuacja wokół Północnej Korei, Morza Południowochińskiego i ogólnie rzecz biorąc niekorzystny bilans handlowy). Toteż w ostatnim czasie widać pewne akty wrogości ze strony Amerykanów. Może to być jedynie przygrywka do dalszych negocjacji, ale powoli krystalizuje się sytuacja, w której to Chiny nie sprzymierzą się z USA, ale raczej Rosją (vide Belt&Road czyli Jedwabny Szlak), a w takim przypadku powróci temat wojny powietrzno-morskiej, czyli walki o dominację na Pacyfiku. To jednak jeszcze pieśń przyszłości i na razie obie strony dążyć będą do współpracy, szukając sojuszników swojej sprawy. Tymczasem, o ile nieczułość Chin na Amerykańskie awanse była niemiła ale spodziewana, o tyle ostatni rok wywrócił politykę europejską do góry nogami zaskakując wszystkich.
Po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, USA straciły w niej swój punkt zaczepienia. Do tej pory rzecznikiem amerykańskich interesów był Londyn. Teraz ta możliwość wpływu na politykę UE z dnia na dzień przepadła, a to oznacza, że Unia z sojusznika stała się nagle konkurentem. Piszę o całej wspólnocie, ale tak naprawdę problem sprowadza się do Republiki Federalnej Niemiec. Dla Amerykanów jasnym jest, że w obecnej chwili to kanclerz Merkel decyduje o kierunkach polityki unijnej. Nie mają wątpliwości, że konstrukcja rynku wewnętrznego, jak i polityka monetarna strefy euro służy przede wszystkim utrzymywaniu niemieckiego PKB i ogromnego eksportu (nadwyżka handlowa 285 mld euro) przy bardzo niekorzystnym dla USA bilansie handlowym (kością niezgody jest też temat eksportu stali). Zupełnie otwarty konflikt pomiędzy Angelą Merkel a Donaldem Trumpem jest, poza osobistą niechęcią, umotywowany finansowo. Wypowiedzenie porozumienia klimatycznego czy wywalenie do kosza umowy TTIP, to nic innego jak odmowa ponoszenia przez USA kosztów modernizacji przemysłu oraz ochrona własnego rynku (który w wielu kategoriach stoi niżej od europejskiego). Poza tym, Amerykanom nie w smak jest też prorosyjska polityka energetyczna Niemiec (vide Nordstream2), bo to z kolei ogranicza ich możliwość eksportu gazu łupkowego. Przy tym wszystkim nie należy się dziwić, że przyciśnięte finansowo Stany, obciążone obowiązkiem pilnowania światowego bezpieczeństwa, złoszczą się na Niemców oszczędzających na kosztach wspólnego bezpieczeństwa (natowskich wymóg wydawania 2% PKB na zbrojenia). A kanclerz Merkel ani myśli podporządkowywać się polityce nowej administracji Białego Domu, wręcz dąży do jeszcze większej niezależności (sprawa budowy unii w Unii oraz europejskich sił zbrojnych).
Gdzie dochodzimy do lipcowej wizyty Trumpa w Warszawie. W świetle powyżej przedstawionych faktów jasnym jest, że USA potrzebują nowego rzecznika w Unii. Kraju, który będzie od teraz ich punktem zaczepienia pozwalającym decydować o kierunkach polityki wspólnoty. Najlepiej takim, o podobnych interesach. Francja jest największym sojusznikiem Niemiec, ledwie wychodząca z kryzysu Hiszpania zbyt peryferyjna i podzielona wewnętrznie, podobnie przytłoczone imigrantami i recesją Włochy czy goniąca resztką tchu Grecja. Z większych państw mogłaby być jeszcze Rumunia, która jednak stoi o poziom niżej w rozwoju i nie liczy się w europejskich rozgrywkach. Pozostaje więc tylko Polska. Kraj duży, ze sporym rynkiem zbytu, solidny gospodarczo, homogeniczny narodowościowo (więc stabilny), korzystnie antyrosyjski i starający się uniezależnić od Niemiec. Kraj aspirujący do roli regionalnego przywódcy i z punktu widzenia USA - rewelacyjnie położony geograficznie, niemalże frontowy. Wprost na autostradzie Europa-Azja, co daje wielkie możliwości projekcji siły na mniejszych sąsiadów i szachowania większych, a także rękę na pulsie inicjatywy Jedwabnego Szlaku i możliwość blokowania rosyjskiej ekspansji. Kolejną sprzyjającą okolicznością jest proamerykański, aktywny w polityce regionalnej i światowej rząd od którego można oczekiwać pewnej uległości (a z pewnością takie są amerykańskie założenia). Czego chcieć więcej? Poparcie Polski w jej aspiracjach, daje Amerykanom maksimum korzyści przy minimum zaangażowania, niemal od razu i jest korzystne dla obu stron.
To wszystko można było wywnioskować zwyczajnie śledząc wydarzenia i amerykańską politykę w ostatnich miesiącach. Ostatecznie potwierdzenie przyszło jednak dopiero na konferencji prasowej generała Herberta R. McMastera, prezydenckiego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Otóż w dniu 29 czerwca potwierdził on cele amerykańskiej polityki podczas lipcowej wizyty w Europie. Po pierwsze, zaznaczenie swojej pozycji i umocnienie istniejących sojuszy (w rozumieniu wzmocnienia bezpieczeństwa). Po drugie, handel i współpraca gospodarcza. Po trzecie, wspólna inicjatywa polityczna, która wyznaczy kierunki rozwoju na przyszłe lata. Inicjatywa, która umocni USA w roli hegemona, a Polskę uczyni regionalnym liderem, dokładnie wg wcześniej opisanego wzoru. Co zabawne, na pytania dziennikarzy o kwestie wolności prasy (najwyraźniej ze wszystkich problemów polskiego systemu tylko ten jeden zapisał się w pamięci tamtejszej prasy), generał tylko gładko przeszedł do opisywania jak ważnym sojusznikiem jest Polska. To zrozumiałe, bo też dla amerykańskich interesów bez znaczenia jest czy mamy tutaj zamordystyczną monarchię jak w Arabii Saudyjskiej, autorytaryzm, czy potykającą się o własne nogi postkomunistyczną demokrację.
Mając na uwadze powyższe, zabawmy się w zgadywanie. Czego spodziewać się po Trumpie w Warszawie?
Z niemal stuprocentową pewnością powiem, że przemowy o braterstwie krwi w walce o wolność i demokrację. O tym, że dopóki Amerykanie będą mieli cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie, Polska już nigdy nie będzie sama, a każdy wróg poniesie surowe konsekwencje swojej agresji. O tym, że Polska pokazała jak podnieść się z popiołów i jak budować własną wartość, jak być nieugiętym i jak walczyć o swoje. Ameryce się to podoba, Ameryka to szanuje i oczekuje, że inni też będą brać z naszego kraju przykład. I, że pan prezydent Donald Trump wszystkich nas szczerze kocha i jesteśmy wspaniałymi ludźmi, a to jest wspaniały kraj, wzór dla innych. Dlatego USA pomogą Polsce stać się liderem i zająć miejsce na jakie zasługuje. Następnie przedstawione zostaną podpisane kontrakty na amerykańską broń i amerykański gaz na grube miliardy dolarów oraz zapowiedź kolejnych inwestycji, w tym przemysłowych, infrastrukturalnych i energetycznych. Zgadując dalej, być może wypłynie informacja o dalszym wzmocnieniu amerykańskich wojsk w regionie, w tym przesunięcia wielu istotnych baz i infrastruktury z Niemiec do Polski. Przy tej okazji wyartykułowany może zostać ostry sprzeciw wobec polityki Rosji (prawdopodobnie mniej więcej zbiegnie się to z opublikowaniem nowych sankcji). Z pewnością kilka ciepłych słów usłyszą przywódcy Trójmorza (12 państw), ale z pewnymi zastrzeżeniami. W Rijadzie Trump postawił arabskim przywódcom ultimatum, by porzucili terroryzm. Czy w Warszawie postąpi podobnie? Czy nowe ultimatum będzie dotyczyć relacji z Rosją? Wydatków na zbrojenia? Polityki energetycznej? Czy czegoś jeszcze innego? Metoda kija i marchewki wymaga wyartykułowania groźby. Pewnym jest też, że zaproponowane przez Trumpa nowe rozdanie w regionie, ma obowiązywać przez wiele następnych lat, choćby z początku nie było to oczywiste.
Właśnie, nie dajmy się zwieść. Poza niewiele znaczącymi frazesami i okrągłymi słówkami, przesłanie tego wystąpienia będzie jasne i demonstracyjne. Z jednej strony, chodzi o pogrożenie palcem Starej Europie (bo to ich kosztem mamy wzrosnąć, amerykański LNG zamiast rosyjskiego NordStream2), a z drugiej Rosji (wyznaczając czerwoną linię granic ekspansji, dokładając sankcji). Wreszcie, będzie to kolejna podróż, która przyniesie Ameryce korzystne kontrakty dające miliardy dolarów wpływu. A wszystko w ramach przygotowań do rozmów w Hamburgu podczas szczytu G20, któremu jak na złość Trumpowi, przewodniczą Niemcy. Bez żadnych wątpliwości, to tam rozegra się wielka geopolityka. To w Hamburgu, w kuluarowych rozmowach wybrzmiewać będą echa warszawskiej deklaracji i to tam zawarte zostaną nowe układy. Wiadomo, że USA są otwarte na rozmowy tak z Rosją, jak i Chinami. Trump wciąż powtarza, że gotów jest wypracować nowe porozumienie klimatyczne i na zasadach fair play, zawrzeć umowy handlowe z UE. Być może wypłynie też temat Ukrainy (nieobecnej w Warszawie) i bezpieczeństwa w Europie. Ale to już temat na inną opowieść i na pewno pojawi się jeszcze w postach "Globalnej Gry".
Reasumując, kilka słów rozsądku zanim w czwartek zaleje nas fala propagandy z rodzimych mediów. Tak naprawdę drugorzędne znaczenie ma tutaj zachowanie naszych władz oraz to kto akurat rządzi. Oczywiście, miarą skuteczności naszej dyplomacji będzie pragmatyczne wyzyskanie tego wydarzenia tak by korzyści dla kraju były maksymalnie duże. Chcę powiedzieć, że to wydarzenia niezależne od nas wykreowały tę sytuację, a w mniejszym stopniu nasze działanie (chociaż z pewnością zabiegi prezydenta Dudy pomogły sprawie). Czy to będzie przełomowa wizyta? Dla Polski, tak. Prawdopodobnie też dla regionu, a nieco mniej w polityce światowej (co nie znaczy, że będzie bez znaczenia!). Ugruntuje już wprowadzone zmiany (jak wzmocnienie wschodniej flanki NATO i powrót armii USA do Europy) oraz zapowie nowe (zmiana polityki w regionie). Czy w perspektywie lat okaże się początkiem naszej drogi ku wielkości, czy raczej będzie ślepą uliczką, a może wciągnie nas w wojnę? Kraj w naszym położeniu geopolitycznym może stosować tylko ucieczkę do przodu. Biegnijmy więc, nie ma innego wyjścia.




niedziela, 2 lipca 2017

Francja przed szansą


W jednym z kwietniowych postów pisałem obszernie o wyborach prezydenckich we Francji. Mam teraz chwilę czasu by wrócić do tego tematu. Zgodnie z przewidywaniami Emmanuel Macron pokonał w nich Marine LePen dając Francji i Europie chwilę oddechu. Tymczasem jesteśmy już po wyborach parlamentarnych i cóż się okazało? Ich wynik jest sporym zaskoczeniem. Co prawda większość komentatorów raczej zgodna była co do ponownej (po prezydenckich) wygranej Macrona ale mało kto podejrzewał, ze zgarnie on absolutną większość miejsc w parlamencie.
 
 
 
Na jego korzyść zagrało kilka elementów. Po pierwsze, Macron (lub jego sztab) doskonale rozegrał całą sprawę politycznie. Ruch zasilony został licznymi kandydatami z innych partii, w tym republikańskimi, socjalistycznymi i liberalno-lewicowymi. Pozyskał też rozpoznawalnych kandydatów niezależnych, którzy dotychczas nie zajmowali się polityką (np: założyciel firmy komputerowej Infogrames, znany sędzia czy utalentowany matematyk). Dodatkowo, En Marche! nie startował w tym wyścigu samotnie, tylko wszedł w koalicję z MoD (Ruch Demokratyczny) znanego centrowego polityka François Bayrou. Tym sposobem nowy prezydent upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu, przekonał wyborców, że buduje szeroką koalicję na rzecz ratowania Francji i odebrał konkurencji najcenniejszych kandydatów.
 
Z kolei marginalizowana politycznie Marine LePen i jej Front Narodowy nie potrafiła wyjść ponad zaklęty krąg izolacjonizmu i strachu przed imigracją, a tematy te w miarę trwania kampanii wyraźnie traciły na popularności. Ostatnim elementem, który bardzo pomógł En Marche! w wygranej była nieprawdopodobnie niska frekwencja wyborcza (I tura - 48,70%, II tura - 42,64%) co przy dość nietypowym systemie wyborczym dodatkowo premiowało siły mniej radykalne. Dla przykładu, Front Narodowy zebrał w pierwszej turze niemal 3 mln głosów, blisko dwa razy więcej niż cała lewica razem wzięta i tylko pół miliona mniej niż trzecia siła - Republikanie. Podobnie było w drugiej turze, a mimo to lewica zebrała łącznie 45 mandatów, podczas gdy Front Narodowy raptem 8. Wiele też o samych wyborach mówi aż 7% oddanych pustych kart do głosowania i 3% głosów nieważnych. Z jednej strony to wyraz sprzeciwu wyborców wobec klasy politycznej, a z drugiej, gdyby nie ich poczucie odpowiedzialności za demokrację frekwencja byłaby znacznie niższa. To pokazuje w jak trudnym położeniu jest Francja, nie tylko gospodarczo ale też społecznie (kryzys polityczny dotychczasowych partii władzy to tylko logiczne następstwo powyższych).
Emmanuel Macron wziął wszystko co było do wzięcia, zdobywając samodzielną większość (ponad 60% miejsc w Zgromadzeniu Narodowym, licząc razem z koalicjantem). Jego zwycięstwo było też gwoździem do trumny socjalistów i konserwatywnej UMP (rozpad na dwie frakcje). W tej chwili nie istnieje siła polityczna stanowiąca realną alternatywę, ponieważ En Marche! skutecznie przejęło ludzi ze wszystkich środowisk, doprowadzając pozostałe partie na skraj upadku. Tak na marginesie, skalę porażki dotychczasowych polityków pokazuje jeden istotny wskaźnik. Tylko 25% kandydatów wybranych na poprzednią kadencję w 2012 roku, uzyskało reelekcję w wyborach 2017 roku. Spróbujmy sobie to wyobrazić na przykładzie polskiego Sejmu, gdzie ze znanych nam twarzy zostałoby raptem nieco ponad 100 osób. Zmęczenie wyborców dotychczasowym establishmentem jest więc oczywiste.
 


Obecny prezydent jest bardzo młody jak na polityka tej rangi, a przed nim ogromne wyzwanie. Jeśli podoła zadaniu uratowania Francji przed osunięciem się w chaos i destrukcję stanie się bohaterem, który panować będzie przez długie lata. A przed nim tytaniczna praca, m.in. starcie z potężnymi związkami zawodowymi i reforma kodeksu pracy, pobudzenie zmrożonej stagnacją gospodarki, rozwiązanie problemu miejskiej przestępczości, w tym konfliktów społecznych i integracji mniejszości narodowych (zwłaszcza muzułmańskich). Wreszcie niełatwa sytuacja międzynarodowa, trapiący Francję terroryzm, jej niepewna pozycja w Europie i uwikłanie w konflikty na świecie, trwający kryzys Unii Europejskiej. Wszystko zależy od tego, czy Emmanuel Macron jest mężem stanu na jakiego się kreuje (tak samo mówili o sobie Hollande, Sarkozy czy Chirac) czy nie. Czas pokaże.

niedziela, 25 czerwca 2017

Eid al-Fitr - koniec krwawego ramadanu


Przypadające na dziś muzułmańskie święto kończące święty miesiąc ramadanu (25 maja - 27 czerwca) jest okresem dla wyznawców tej religii radosnym (bo w końcu można się najeść i skorzystać z innych uciech życia), dziękczynnym (bo post oczyścił wyznawców z wszelkich grzechów, a jego przetrwanie jest powodem do satysfakcji) i ogólnie nieco zbliżonym swoją melodią do niektórych świąt katolickich (bo wskazane jest, aby co zamożniejsi muzułmanie w tym ostatnim dniu wspomagali ubogich - czyli forma prezentu oraz stronili od przemocy, ma panować pokój).



 

Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego w tym roku Eid przyjęty zostanie z ulgą. Dzień ten oznacza również koniec kampanii terroru dżihadystów, polegającej na zintensyfikowaniu zamachów przez bojowników Daesh. Śmierć męczenników w ramadanie ma być według doktryny IS wyjątkowo chwalebna. Podobnie było przed rokiem, gdy po pierwszych znaczących porażkach (utracenie zachodniego Iraku) Kalifat postanowił ponownie zasiać strach w sercach swoich wrogów. Bo chociaż sami największą uwagę przykładamy do bliższych nam zamachów w Europie (np. lotnisko Ataturka) lub USA (np. klub w Orlando), to jednak trzeba pamiętać, że najliczniejsze i najbardziej krwawe ataki obywają się w państwach muzułmańskich. W tym roku nasze oczy zwracały się głównie w kierunku Wielkiej Brytanii (koncert w Manchesterze, dwa ataki samochodowe w Londynie), Paryża (katedra Notre Dame, Champs Elysees) czy Brukseli (nieudany atak na dworcu centralnym). A przecież w tym samym czasie setki osób ginęło w zamachach w Iraku, Syrii, Afganistanie, Pakistanie, Somalii, Nigerii oraz (co stanowi spore novum) Iranie i Filipinach. Łącznie to ponad 1000 zabitych i kilka tysięcy rannych (będzie więcej, ponieważ w chwili pisania niniejszego artykułu Eid jeszcze trwa, a razem z nim kolejne ataki).



Warto o tym pamiętać, bo jeśli analizujemy sytuację geopolityczną, koniecznie musimy brać pod uwagę rozwój nastrojów społecznych. Niejako przyzwyczajone w ostatnim czasie do wojen i terroru, żyjące w autokracjach (w najlepszym razie) narody muzułmańskie okazują większą cierpliwość wobec swoich władz (albo i tak nie mają na nie wpływu), ale nie stronią od aktów odwetu na wrogich sobie ugrupowaniach (przykład milicji w Iraku). W pewnym stopniu możemy więc pokusić się o prognozę rozwoju wypadków w Europie.



Tutaj sytuacja jest nieco inna, bo żyjemy w społeczeństwach demokratycznych, otwartych i zlaicyzowanych. A jednak terror dwukrotnie zmienił już bieg historii Wielkiej Brytanii. Za pierwszym razem poprzez referendum nt. Brexitu, a ostatnio w lekkomyślnie przegranych (formalnie wygranych) przez premier May wyborach parlamentarnych (pamiętajmy, że to była szefowa MSW, a błędy służb w przeciwdziałaniu zamachom były zatrważające). Miały też swój wydźwięk w elekcji prezydenckiej i parlamentarnej we Francji i stały się przedmiotem ostrego sporu m. in. Polski z UE w sprawie relokacji imigrantów. A przed nami nadal otwarty kalendarz wyborczy. Zresztą, jeśli można czegokolwiek oczekiwać to tylko pogorszenia sytuacji. Zaczyna się lato, a wraz z nim nowa fala imigracyjna o skali wielokrotnie przekraczającej to co działo się w 2015 roku (wokół Morza Śródziemnego zgromadziło się obecnie ponad 6 mln uciekinierów wojennych i migrantów ekonomicznych z zamiarem dostania się do Europy, w 2015 roku przybyło "ledwie" 2 mln). I właśnie tutaj chciałbym nawiązać do kolejnego, ale ważnego i ignorowanego na razie aspektu zagrożeń dla Europy (Globalna Gra - rozdział IV) - radykalizacji społeczeństw a w jej wyniku m. in. aktów odwetu.



W Niemczech co roku dochodzi do kilkuset podpaleń ośrodków dla uchodźców oraz wielu napaści na tle rasowym, etnicznym lub religijnym (co nie jest eksponowane medialnie, chociaż dane regularnie publikują odpowiednie służby), ale chrześcijański odwetowy atak terrorystyczny, jaki został ostatnio przeprowadzony w Wielkiej Brytanii, jest czymś nowym i niebezpiecznym. To oczywiście logiczne następstwo wydarzeń i dowód na błędną politykę władz (brak odpowiedniego reagowania na obawy społeczne). Do takich zdarzeń z pewnością będzie jeszcze dochodzić i jest to całkowicie po myśli Kalifatu (edit: w chwili pisania tych słów doszły mnie wieści o kolejnym samochodzie dostawczym, który wjechał w tłum zgromadzony przed angielskim meczetem). Wojna religijna to właśnie woda na ich młyn.



Tymczasem elity polityczne Europy reagują na dwa sposoby. Pierwszy to ignorowanie związku między poczuciem zagrożenia społecznego, niekontrolowaną falą imigracyjną a terroryzmem, w czym w mniejszym lub większym stopniu brylują Wielka Brytania, Francja, Belgia i Niemcy, podtrzymując swoją nieadekwatną do aktualnych zagrożeń politykę. A drugi to całkowite zamknięcie (syndrom oblężonej twierdzy), w czym z kolei od dawna przodują Węgrzy, a ostatnio także Polska, Austria i Czechy. Jak pokazują wydarzenia, żadne z tych podejść nie powstrzymuje pojedynczych aktów terroru czy odwetu, natomiast na pewno decyduje o skali tych zagrożeń oraz burzy stabilność społeczną i polityczną państw. Oczywiście, ogromny wpływ na zjawisko radykalizacji ma struktura społeczna, a ta siłą rzeczy jest dużo bardziej zróżnicowana (multikulturowa) w krajach zachodu. To dlatego, choć Wielka Brytania nie była w strefie Schengen, to nie obroniła się przed aktami terroru. Istnieje baza dla terroryzmu islamskiego, tak społeczna, jak i cała infrastruktura dostarczająca środki i motywację do walki (a także konkretne rozkazy), toteż napływ imigracji ma w tym przypadku znaczenie drugorzędne (tj. jedynie utrudnia wyłapanie powracających obywateli-terrorystów do kraju). Inaczej sprawa ma się jednak w pozostałych krajach Europy. Rozwiązywanie problemów nie może polegać na ich ignorowaniu i zakłamywaniu rzeczywistości. Grupy ludności obcej kulturowo wobec większości europejskiej (procentowo nadal dominująca jest ludność autochtoniczna) nie żyją przecież w próżni i właśnie ta obecność w połączeniu z poczuciem zagrożenia życia wynikającym z terroru oraz zachwiania porządku publicznego (przemieszczające się bez kontroli masy ludności) kreuje postawy radykalne (nacjonalistyczne, ale nie tylko). Jasnym jest, że wśród dwóch milionów imigrantów tylko niewielki procent (od kilku do kilkunastu tysięcy) stanowili bojownicy Daesh i innych organizacji, tyle że w wyniku odstąpienia od unijnych procedur na życzenie kanclerz Merkel nie ma już możliwości złapania lub zweryfikowania tych osób (co pokazały zamachy w Paryżu i Brukseli) i jest to tajemnicą poliszynela. Rządy, władze, media, ignorujące powyższy związek przyczynowo-skutkowy dodatkowo zaogniają i tak już napiętą sytuację. Frustracja obywateli nie znajduje bowiem ujścia, nie zostaje rozładowana, a tłumiona w końcu wybucha.



Wybicie okna w kebab barze czy pobicie kogoś ze względu na kolor skóry to incydenty aktualnie powszechne w całej Europie (i nie, Polska nie jest w czołówce) i podobnie karalne. Zdarzenia z Wielkiej Brytanii pokazują jednak, że może być dużo, dużo gorzej. Nie wspominając już nawet o możliwości (w pewnej perspektywie) dojścia do władzy grup absolutnie radykalnych i np. powstania obozów filtracyjnych, segregacji religijnej itp. Bierzmy też pod uwagę, że w większości zupełnie pokojowa i koegzystująca diaspora muzułmańska, jeśli będzie odpowiednio długo i brutalnie prześladowana, może w pewnym momencie naprawdę się zradykalizować tak jak chce tego ISIS.



Głupoty? Może. Ale wiele wskazuje na to, że władze choćby Wielkiej Brytanii mają już świadomość jak daleko sprawy zaszły. Na koniec proponuję niewielką gimnastykę intelektualną. To są tylko moje czyste spekulacje, ale czy nie zastanawia Państwa ewakuowanie 800 mieszkań w londyńskim Camden w piątkowy wieczór? Bez zapowiedzi, bez przygotowania. W największym pośpiechu. Mieszkańcy w szoku, wystraszeni, na walizkach, w szlafrokach i klapkach, przewożeni do hoteli. Powodem ma być to, że po tragicznym pożarze Grenfell Tower zarządzono kontrolę podobnych budynków komunalnych. W jej wyniku stwierdzono zastosowanie zbliżonych jakościowo materiałów wykończeniowych zewnętrznej elewacji, a wobec tego zagrożenie pożarowe. Tak poinformowany lokalny samorząd zdecydował się natychmiast ewakuować pięć najbardziej zagrożonych budynków. Tylko że, jak mówią mieszkańcy, remont elewacji dokonany został przed dziesięcioma laty, a system przeciwpożarowy utrzymywany był w sprawności (w przeciwieństwie do Grenfell, w której po prostu nie działał) toteż taki pośpiech ich bardzo zdziwił. A ja samorządowców rozumiem. To są budynki zamieszkane w dużej części przez muzułmanów (ale nie tylko, bo są i Polacy, hindusi i inni), a o łatwopalności elewacji wiedzą już wszyscy. Chodzi więc tak naprawdę o strach przed aktami odwetu polegającymi na podpaleniu elewacji. Zbrodni niewyobrażalnej, równającej się najokrutniejszym dokonaniom ISIS. Implikacje takiego czynu byłyby kolosalne i momentalnie rozpętałyby prawdziwą wojnę religijną. Dlatego, mimo że przedstawiony wyżej wywód logiczny wydaje się prawdopodobny, władze nigdy nie przyznają się do swoich prawdziwych motywów.



Terroryzm, radykalizm i rozbicie to trzy największe zagrożenia dla istnienia Unii Europejskiej. Jej przetrwanie jest naszą gwarancją bezpieczeństwa, ale w świetle obecnej polityki i wydarzeń, może okazać się niepewne.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Arabia ma Katar


Nie tak dawno pisałem o wizycie Donalda Trumpa na Bliskim Wschodzie i skutkach jakie wywołała a już mamy kolejne jej efekty. Wydawało się jasne, że mianowana na głównego sojusznika USA w regionie Arabia Saudyjska wkrótce rzuci wyzwanie Iranowi. Nie spodziewałem się jednak, że nastąpi to w zaledwie kilka dni później.



 
 
 
 
 
A chodzi o Katar. Niewielkie państwo położone nad Zatoką Perską, rządzone przez ambitnego i charyzmatycznego szejka Tamima Al Thaniego. W pierwszy czerwcowy poniedziałek, media zalały doniesienia informujące, że Arabia Saudyjska w trybie natychmiastowym zrywa z tym krajem wszelkie relacje dyplomatyczne. Powodem miały być polityka Kataru, wspieranie terroryzmu i przychylność wobec Iranu. Kroplą, która przelała czarę goryczy było opublikowanie proirańskich komentarzy szejka Kataru przez serwisy telewizji Al-Jazeera. W ślad za Saudami podążyli ich lokalni sojusznicy: Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn i Egipt, oraz kilka innych państw związanych z Saudami. W ślad za wydaleniem dyplomatów w trybie natychmiastowym wprowadzono blokadę graniczną: lądową, morską i powietrzną Kataru, wstrzymano wysyłkę i odbiór poczty, zablokowano nadawanie sygnału telewizji Al-Jazeera, wydalono obywateli katarskich, a także jednostronnie zakończono udział katarskiej misji wojskowej w wojnie w Jemenie (po stronie saudyjskiej koalicji). Katar jest niewielkim państwem położonym na wychodzącym w wody Zatoki Perskiej półwyspie. Jedyną granicą lądową jest ta z Arabią Saudyjską, a morską zamykają wspólnie Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie, pozostawiając jedynie otwartą drogę na Iran od północy. Dodatkowym utrudnieniem jest pełnienie nadzoru informacyjnego lotów (tzw. FIR - Flight Information Region) wokół znacznej części zachodniego i północnego Kataru przez Bahrajn. Oznacza to tyle, że loty Qatar Airlines nie mają (upraszczając sprawę) parasola informacyjnego, wobec czego z uwagi na międzynarodowe przepisy bezpieczeństwa nie mogą korzystać z tej przestrzeni pomimo, że jest ona częścią przestrzeni lotniczej Kataru. Miejscowym liniom lotniczym pozostaje więc tylko lot przez terytorium Iranu co praktycznie eliminuje możliwość obrania destynacji w kierunkach zachodnich. To spory cios dla tego przewoźnika. Dodatkowo, wszelkie pozostałe loty (tj innych przewoźników) miały być uzgadniane z 24 godzinnym wyprzedzeniem.



W kolejnym ruchu, saudyjska dyplomacja jeszcze podbiła stawkę ogłaszając dziesięciopunktowe ultimatum, którego całkowite spełnienie miało być warunkiem zniesienia blokady. Treści żądań nie ujawniono, poza wzmiankami, że chodzi m.in. o zerwanie kontaktów z Iranem i zaprzestanie finansowania Bractwa Muzułmańskiego, zamknięcie telewizji Al-Jazeera i wydalenie azylantów z Hamasu. O ile realizację drugiego punktu można jeszcze sobie wyobrazić (przynajmniej teoretycznie) o tyle pozostałe stanowią o podmiotowości tego państwa w świecie arabskim. Katar i Iran wspólnie eksploatują bogate złoża ropy położone na wodach terytorialnych obu państw. Zresztą Doha (stolica kraju) odrzuciła oskarżenia i jak donosiły media, wyciągnęła z magazynów czołgi wysyłając armię na saudyjską granicę. Swoją pomoc logistyczną (np: żywność) dla Kataru zadeklarował Iran, Rosja a także Turcja. Parlament tej ostatnie w trybie błyskawicznym przyjął ustawę pozwalającą na wysłanie do Kataru między 3000 a 5000 żołnierzy w ramach wsparcia. Żołnierzy, którzy w razie saudyjskiej inwazji mają zapewne stawić zbrojny opór. Neutralność w całej aferze próbują zachować Oman i Kuwejt, który stara się szukać porozumienia między zwaśnionymi stronami ustawiając się w roli mediatora. Tylko, że saudyjska koalicja nie jest zainteresowana pokojowym rozwiązaniem. Eksperci całkiem serio mówią o realnym zagrożeniu wojną. Na terenie Kataru swoją bazę ma lotnictwo USA i Wielkiej Brytanii. Operujące z niej samoloty działają zarówno w Afganistanie jak i Iraku. Każdy konflikt w pobliżu drastycznie ograniczy jej funkcjonalność. Być może z tego powodu USA starają się zachować w całej aferze możliwie neutralnie. Chociaż jak zawsze chodzi też o biznes. Katar w kilka dni po wprowadzeniu blokady podpisał kontrakt z USA na dostawę myśliwców F-15 za kwotę 12 mld dolarów. Podobne kontrakty podpisał zresztą wcześniej z wieloma innymi krajami Europy. W ciągu ledwie kilku lat katarska armia ma się stać jedną z najnowocześniejszych w regionie.

Czy sięgająca po regionalne przywództwo Arabia Saudyjska, postanowiła podporządkować sobie rywala póki jest relatywnie słaby militarnie? To pewnie jeden z czynników.



Żeby była jasność. Tak Arabia Saudyjska jak i Katar finansują terroryzm. Jest głównym sponsorem wielu salafickich organizacji, w tym Bractwa Muzułmańskiego (obalonego przez armię w Egipcie), czy Tahrir al-Sham (syryjska Al'Kaida). Wspiera jeden z rządów w Libii (ten zachodni), ma świetne relacje z afgańskim Talibanem. A telewizja Al-Jazeera jest oczywiście tubą propagandową wykorzystywaną do szerzenia katarskiego punktu widzenia w świecie arabskim. Ale mimo tego całego soczyście sunnickiego 'podłoża', świetnie dogaduje się z szyickim Iranem czy USA. Wykształcony na zachodzie szejk Tamim al-Thani "chwyta wiele srok za ogon" prowadząc bardzo wszechstronną politykę obliczoną na wzrost znaczenia tego maleńkiego państwa tak w regionie jak i na świecie poprzez rozbudowę formalnych i nieformalnych powiązań międzynarodowych. Jest przecież właścicielem topowej francuskiej drużyny piłkarskiej Paris Saint-Germain F.C., co z kolei przełożyło się (przez koneksje i łapówki) na to, że ten pozbawiony sportowej infrastruktury pustynny kraj, wygrał organizację mistrzostw świata w piłce nożnej w 2022 roku. Eksportuje ropę i gaz ze swoich złóż, których odbiorcą jest wiele państw, w tym także Polska. Wiązał się militarnie z Saudami, biorąc czynny udział np: w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej, czy do niedawna w wojnie domowej w Jemenie. Tym sposobem kraj o teoretycznie niewielkim potencjale stał się jednym z głównych rozgrywających w regionie. Dużo powyżej swoich faktycznych możliwości (wystarczy powiedzieć, że na 2.5 mln mieszkańców tylko ok. 17% stanowią rodowici Katarczycy - pozostali to ekspaci i pracownicy fizyczni) i to właśnie przeszkadza wielkiej (33 mln mieszkańców) Arabii Saudyjskiej.



Arabia Saudyjska czuje się kolebką świata muzułmańskiego (wiadomo - Mekka, Medyna) i jako taka jest w swoim mniemaniu predestynowana do bycia jedynym jego przedstawicielem w światowym porządku. W ujęciu historycznym i religijnym, jej emploi wywodzi się z czasów Emiratu Dirijji oraz początków wahhabizmu. Jak zgrabnie opisał dr Wojciech Szewko w swoim artykule "Blokada Kataru czyli wojna o Al-Jazeerę" (BiznesAlert.pl), Saudowie prezentują islam zinstytucjonalizowany, tymczasem Bractwo Muzułmańskie (czyli pośrednio Katar) to islam wywrotowy i antysystemowy (a także w pewnych aspektach mniej radykalny). To kolejny czynnik, leżący u podstaw obecnego konfliktu między tymi państwami. Saudowie świetnie zdają sobie sprawę, że dużo groźniejsza od bieżącej dyplomacji Kataru czy nawet finansowania zbrojnych grup, jest szerzona przezeń ideologia mogąca doprowadzić do głębokich przemian społecznych.



Idzie więc nie tylko o dominację polityczną, ale także o rząd dusz w całym świecie arabskim. Tak jak pisałem w "Globalnej Grze" - o budowę (w pewnej perspektywie) Kalifatu, tudzież Emiratu. A chrapkę na to ma nie tylko Arabia, ale też Turcja. Stąd ta pozornie dziwna koalicja turecko-katarska.



Mija właśnie ostatni dzień dany obywatelom Kataru na opuszczenie terytorium państw "blokujących". Walki między wspieranymi przez obie strony syryjskimi grupami zbrojnymi rozgorzały z nową siłą. Iran, otrzymał bolesny cios w postaci ataku terrorystycznego na parlament (sprawcą Daesh), na co odpowiedział pierwszym w historii bojowym użyciem rakiety średniego zasięgu Shahab3 (przeleciał prawie 1 tyś. km) rażąc siły Kalifatu pod Dajr-az-Zaur. Liczne ataki terrorystyczne nastąpiły też w Egipcie i Iraku. W odpowiedzi na tureckie ataki oraz misję wojskową do Kataru, syryjscy Kurdowie (SDF) wystąpili z propozycją współpracy z Arabią Saudyjską. Z kolei ich iraccy kuzyni ogłosili referendum na temat niepodległości, czemu sprzeciwił się rząd w Bagdadzie. Rosja wraz z rządowymi siłami syryjskimi, odcięła Amerykanom i ich rebelianckim sojusznikom drogę z Iraku do środkowej Syrii, komplikując plany odbicia Rakki i pozostania w syryjskiej grze. W odpowiedzi, kilka dnia później Amerykanie strącili syryjski samolot. Wydarzenia zaczynają toczyć się coraz szybciej.



Wydaje się, że Katar powinien się ukorzyć, a zakulisowe działania dyplomacji zmiękczą też stanowisko Saudów. Tylko czy zaangażowanym stronom naprawdę na tym zależy? A może chodzi o teatr, który miałby podnieść cenę ropy?


Być może znajdujemy się na chwilę przed rozpoczęciem nowej fazy bliskowschodniego konfliktu, w której ostatecznie zawali się dotychczasowy porządek rzeczy. A co powstanie w tych odległych piaskach pustyni gdy opadnie bitewny kurz, nie sposób dziś odgadnąć.

piątek, 2 czerwca 2017

Advocatus diaboli - Pakt w Rijadzie


Gen. Sisi, król Salman i Donald Trump w Rijadzie maj 2017.

Koniec maja 2017 roku obfitował w wydarzenia, które z jednej strony zdeterminują najbliższą przyszłość świata w perspektywie geopolitycznej, a z drugiej, były syntezą bieżącego 'status quo'. Taka koincydencja, skompresowana w krótkim horyzoncie czasowym pozwala na przeprowadzenie szybkiej analizy. Szkoda by było przegapić okazję. Wszystkiego w krótkim profilowym wpisie opisać nie sposób, więc skupmy się na sytuacji wokół Półwyspu Arabskiego.

 
 
 
Nowy amerykański prezydent powoli odkrywa przed nami priorytety swojej bliskowschodniej polityki. Media (zbyt) wiele czas strawiły na roztrząsaniu tego czy Trump podczas swojej pierwszej, zagranicznej podróży (tudzież tournee) mocno uścisnął komuś dłoń czy nie, czy pierwsza dama zaszokowała odmową zakrycia głowy saudyjskich gospodarzy i czy datek pieniężny Saudów w wysokości 100mln dolarów na rzecz organizacji Ivanki Trump wspierającej usamodzielnianie się kobiet ma jakikolwiek inny wymiar poza symbolicznym. Popularne media ślizgają się po meritum rzeczy jak korpulentne foki po kawałku lodu toteż niewiele uwagi poświęcały temu co prawdziwie ważne.
 
Donald Trump występując w Rijadzie, stolicy ultrareligijnego królestwa Arabii Saudyjskiej wezwał świat muzułmański do podjęcia walki z islamskim ekstremizmem. Sposób w jaki to zrobił był równocześnie symboliczny i znaczący. Czemu? Mówił do forum złożonego z przedstawicieli 50 państw muzułmańskich z Afryki, Bliskiego Wschodu i Azji, w praktyce więc do całego świata muzułmańskiego. A w swojej pompatycznej acz dość bezpośredniej przemowie sprawy postawił bardzo jasno. Pozwolę sobie jego wypowiedź parafrazować po swojemu:
 
 
Jeśli chcecie by Ameryka i jej potęga was chroniła, jeśli chcecie pokoju, handlu i współpracy, musicie trzymać z nami. Musicie być żołnierzami w naszej armii, bo nie mamy zamiaru odwalać za was czarnej roboty jak do tej pory. Nie będziemy wam narzucać jak macie żyć - czyli, możecie sobie mieć dyktatorów i książąt, koniec z odgórnie implementowaną demokracją, żyjcie po swojemu nawet jeśli oznacza to nieprzestrzeganie praw człowieka. Jest tylko jeden warunek, skończycie z terroryzmem. Natychmiast, teraz i zaraz.

Cała przemowa (kto ciekaw niech poszuka transkrypcji) była zresztą nieźle napisana, chociaż nieznośnie emanowała amerykańskim mesjanizmem. Trump dość romantycznie odwoływał się co i rusz do pokoju i przyszłości ("naszych dzieci"), by wreszcie podzielić świat na siły dobra i zła (podobnie mówił Reagan czy George Walker Bush). Zło ma oczywiście zostać całkowicie zniszczone, a jest nim ekstremizm. To musiało wzbudzić grozę wśród niektórych z obecnych na sali przywódców od lat wspierających islamskich ekstremistów. Sama Arabia Saudyjska ideologicznie praktycznie nie różni się od Państwa Islamskiego czy Al-Kaidy (pomijając już nawet faktyczną pomoc tymże). Podobną ścieżką szedł Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. A jednak Trump dał im tzw. "way out". Gotów jest puścić to wszystko w niepamięć w zamian za pełne podporządkowanie. Dodatkowo wybór podbudowuje wizją lukratywnej współpracy biznesowej i technologicznej. Co jest bardzo sprytnym i czysto handlowym zagraniem. Czemu mamy walczyć jeśli możemy robić ze sobą świetne interesy i wszyscy będą zadowoleni? Tylko zniszczcie terroryzm. Każdy kto będzie wspierał organizacje terrorystyczne stanie się naszym wrogiem, będzie wiódł krótkie życie ("your life will be brief "). Jeśli więc sprzeciwicie się nam, nie będzie litości. Zniszczymy was naszą potęgą i nie zawahamy się. Czy można być bardziej dosłownym?
 
 
Króla Salmana nie trzeba było długo przekonywać, mimo jego zdecydowanie konserwatywnych (żeby nie powiedzieć islamistycznych) poglądów. Błyskawicznie poszedł w ślady swego brata Abd Allaha (poprzedniego króla), przypieczętowując sojusz z USA kontraktem na zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego za 110 mld dolarów. Po prawdzie nie miał wyjścia. Arabia z uwagi na niską cenę ropy zmierza prostą drogą do bankructwa, przegrywa (a w każdym razie, na pewno nie wygrywa) wojnę w Jemenie, a jej sojusznicy tracą terytoria w Syrii i Iraku, dzięki czemu zyskuje jej arcywróg - Iran. I tu jest właśnie przysłowiowy pies pogrzebany. Kraj Persów jest też niemiły sercu Trumpa, który zupełnie nie zgadza się z faktem uwolnienia Teheranu od sankcji przez poprzednią administrację. Ponieważ Turcja od czasu próby przewrotu praktycznie przestaje być sojusznikiem USA w regionie, jedyną pozostałą siłą wystarczająco mocną by przeciwstawić się ekspansji Iranu jest właśnie Arabia Saudyjska (Irak jest państwem upadłym, Egipt zbyt odległym, a Izrael nie jest arabski). A z kolei jedynym dla niej wyjściem uniknięcia bankructwa, ucieczka do przodu i wywołanie wojny (pozycja w regionie, ceny ropy itd.). Stąd zbrojenia, bo przecież otwarty konflikt Arabia Saudyjska-Iran będzie na rękę wszystkim. Dlatego podczas swej płomiennej przemowy, Trump nie zapomniał nadmienić o kolejnym warunku współpracy z USA. Musicie być przeciwko Iranowi, to ten kraj jest źródłem wszelkiego zła (nie ma znaczenia fakt, że ten bardzo wiele robi by powrócić na forum międzynarodowe jako przewidywalny i spokojny partner). Co było robić, postawienie takiego ultimatum skłoniło wielu z obecnych do podporządkowania się USA, a to z kolei w iście ekspresowym tempie przywraca Stanom pozycję hegemona na Bliskim Wschodzie. Sytuacja niekorzystna tak dla Rosji jak i partykularnie sprzymierzonego z nią Iranu (chwilowy alians bo tak naprawdę interesy obu państw są w warstwie ekonomicznej sprzeczne o czym kiedy indziej).
 
Pierwsze efekty mieliśmy już po kilku dniach. Egipt pod przywództwem generała Sisi rozpoczął naloty bombowe na obozy dżihadystów położone na terenie sąsiedniej Libii. W tym miejscu należy przypomnieć, że realizował tylko swój stary plan przewidujący także interwencję lądową. Operacja ta została zablokowana przez USA pod przywództwem Barracka Obamy. Natomiast Donald Trump jasno swoim wystąpieniem w Rijadzie dał Egiptowi zielone światło a ten skwapliwie z zaproszenia skorzystał. Libia to kolejne państwo upadłe, rozdarte przez trzy zwalczające się wzajemnie ośrodki władzy i ich sojuszników. Oczywiście Egipt popiera jedną z frakcji (tą z Tobruku), toteż pewnie wkrótce rozpocznie się operacja podczas której egipskie wojska zajmą wschodnią część kraju. To z kolei nie spodoba się Turcji i pewnie Unii Europejskiej. A tymczasem przez Libię nadal wlewać się będzie do Europy fala uchodźców. Właśnie, Turcja. Kwestią niedługiego czasu (circa 1 rok ale może szybciej) wydaje się jej ostateczne wystąpienie ze struktur NATO. Pewne sygnały ku temu już mieliśmy. Incydenty w bazie Incirlik, ostrą retorykę turecką względem USA i Europy, czy wreszcie mocny spór polityczny z Holandią i Niemcami podczas tureckiego referendum. Stąd też taka a nie inna optyka Trumpa stawiającego na Arabię Saudyjską, która w przeciwieństwie do Turcji, nie zwalcza najważniejszych amerykańskich sojuszników w Syrii i Iraku - Kurdów.
 
 
Kolejnym następstwem wizyty Trumpa jest intensyfikacja rosyjskich (i syryjskich) działań wojennych w Syrii. Kalifat powoli chyli się ku upadkowi więc Putin postanowił wykroić jak największy kawałek tortu dla swojego syryjskiego sojusznika zanim zrobią to jankesi. Podczas gdy amerykańskie siły zajęte są ofensywą na Rakkę i zajęciem Mosulu, syryjska armia rządowa podąża w dwóch kierunkach - jednym na Dajr az Zaur (środek kraju, na wschód od Rakki) i drugim wzdłuż granicy z Jordanią i Irakiem. W ten sposób planuje ona odciąć Irak od Syrii, zamykając (a w każdym razie utrudniając) USA drogę ekspansji (poprzez wspieranych przez siebie rebeliantów). Te nie pozostają bezczynne, bombardując syryjskie kolumny wojskowe (pretekstem jest naruszenie strefy "zdemilitaryzowanej" chociaż takowa nie została nigdy ogłoszona). Konflikt między Rosją a USA wisi w powietrzu (na razie jeszcze w formie zastępczej). A przecież czekamy jeszcze na ruch Iranu i rozwój sytuacji w Iraku (co zrobią liczne i dość radykalne milicje islamskie gdy zdobędą Mosul?). Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kwestia wolnego Kurdystanu, do którego powstania Turcja (aktywnie walcząca z Kurdami) za wszelką cenę nie będzie chciała dopuścić. Tymczasem naciskany ze wszystkich stron Kalifat powoli rozciąga swoje macki na inne części świata. Stąd powtarzające się spektakularne zamachy terrorystyczne (co ważne, nie patrzmy tylko na Europę!) od których odcina się nawet Al-Kaida i Talibowie, oraz ekspansja na nowych terytoriach (zajęcie miasta Marawi na Filipinach).
Przed nami gorące lato. Warto śledzić teraz wydarzenia bo niosą one ze sobą całą masę interesujących informacji. To jest, jeśli oczywiście ktoś interesuje się tak prozaiczną sprawą jak tym, co będzie ze światem za jakieś dwa lata ;)
 
Polityka Trumpa doprowadza też do bardzo mocnych tarć na linii USA-Unia Europejska i w tym kontekście, europejskich strukturach NATO. Zadziwiający i bardzo dla nas niebezpieczny jest konflikt z Niemcami. Ale to już historia na zupełnie odrębny wpis.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Macron vs Le Pen

Pierwsza tura wyborów prezydenckich we Francji za nami.

Tak jak można się było spodziewać, do finałowego starcia przeszła przedstawicielka Frontu Narodowego Marine Le Pen oraz, na co z kolei wskazywały sondaże, Emmanuel Macron. Człowiek co prawda związany z władzą (były v-ce sekretarz Pałacu Elizejskiego u prezydenta Françoisa Hollande'a, a później minister gospodarki) ale reprezentujący w zasadzie tylko siebie i założony w 2016 roku ruch En Marche! będący zupełnie nowym tworem na scenie politycznej.

To, że akurat ten młody (39 lat), rzutki polityk stanie się główną przeciwwagą dla zdobywającej coraz większe poparcie Le Pen, stało się jasne po ujawnieniu kompromitujących faktów na temat Françoisa Fillona (skrajny nepotyzm). Notowania republikańskiego polityka mocno spadały ale ten nie poddawał się, odmówił wycofania swojej kandydatury i parł dalej. W końcu był trzykrotnym premierem, wielokrotnym ministrem, na polityce zjadł zęby a po prawdzie, było też zbyt mało czasu by wyłonić innego centroprawicowego polityka, który mógłby powalczyć o prezydenturę.

Francja od lat dzieliła władzę między konserwatystów a socjalistów, unikając przy tym sił skrajnych. Fillon miał więc wszelkie prawo uznać, że nieposiadający jakichkolwiek struktur En Marche! nie zdobędzie zaufania Francuzów. Bardzo się pomylił.


Prawdziwą niespodzianką, nie jest jednak znakomity wynik Macrona, ale skala porażki dotychczasowych partii władzy. Fillon zdobył raptem 20% a reprezentujący partię Hollande'a socjalista... ledwie 6.36%. To oznacza, że kandydaci skrajni zdobyli 40% głosów, bo oprócz radykalnie nacjonalistycznej Le Pen trzeba uwzględnić niesamowity wynik komunisty i eurosceptyka Jean-Luca Mélenchona (19.58%). Jakie należy wyciągnąć z tego wnioski?

Nie chcę powtarzać za ekspertami, że francuska scena polityczna jest dzisiaj równomiernie podzielona bo to przecież widać gołym okiem. Wszyscy są też raczej zgodni, że starcie w drugiej turze wygra Macron, który stanie się kandydatem sprzeciwu wobec Le Pen. Dla Polski to o tyle dobra wiadomość, że jest to jeden z niewielu polityków francuskich bez skłonności do rusofilizmu, zwolennik NATO i wspólnoty europejskiej. Spójrzmy jednak trochę szerzej.

Nawet jeśli wygra Macron (swoją drogą, jego pojawienie się, emploi i ogólna charakterystyka bardzo przypomina powstanie i wynik wyborczy Ryszarda Petru oraz Nowoczesnej) obdarzony chwilowym poparcie partii władzy, to na podobne wsparcie nie będzie już mógł liczyć jako prezydent. En Marche! nie jest liczącą się grupą polityczną i raczej nie będzie w stanie stworzyć wystarczająco silnej pozycji w zbliżających się wyborach parlamentarnych. Nie przy takim podziale preferencji wyborczych. A to nie wróży dobrze przyszłości Francji bardzo potrzebującej głębokich, strukturalnych reform pozwalających jej wyjść z wieloletniej stagnacji. Nie gwarantuje też stabilności i zdecydowanych rządów tak bardzo potrzebnych w czasach permanentnego stanu wyjątkowego, czyhającego za rogiem kryzysu gospodarczego, protestów społecznych i widma terroryzmu.

A co jeśli wygra Le Pen? Przecież osiągnęła politycznie więcej w kilka lat, niż jej ojciec przez całe życie. Och, to by dopiero było, prawda? Panuje zgoda, że trzeba by wtedy mówić o końcu Unii, zupełnej implozji Europy, a dla Francji głębokiej recesji.

Niemożliwe? Może mało prawdopodobne, ale jednak możliwe. Po pierwsze, nie raz już niespodziewane wydarzenia w kraju lub na świecie, zmieniały wyniki wyborów. Na wygranej Le Pen zależy przecież dżihadystom (bo to dla nich idealny wróg), którzy mogą zorganizować akcję bojową porównywalną lub nawet większą niż ta w Paryżu z listopada 2015 roku. Zależy też Kremlowi, który już ingerował w wybory innych państw (np: w USA) i z pewnością będzie te działania kontynuować na wszelkie możliwe sposoby. Jest naprawdę wiele powodów, dla których powstrzymanie Francji przed stoczeniem się w absolutny chaos może się nie udać. I nie musi to być coś tak nieprawdopodobnego jak np: zamach na życie Macrona, wystarczy, że zmienią się sympatię polityczne obywateli. A sygnały, że stawiają oni na ruchy antysystemowe (co jest światową tendencją) przecież już mamy. Macron jest byłym bankowcem i to związanym z rodziną Rothschildów. Jest byłym politykiem partii rządzącej, jest wreszcie, o czym chyba mało kto pamięta - mało lubiany przez związki zawodowe (wchodził z nimi w ostry spór jako minister). W starciu z Le Pen jest przedstawicielem establishmentu, nawet jeśli kreuje się na człowieka znikąd. Czy będzie w stanie przejąć głosy pozostałych kandydatów? Wygląda na to, że może liczyć na poparcie umiarkowanych socjalistów i części centroprawicy ale pamiętajmy, że w kilku kwestiach Fillon szedł raczej w kierunku Frontu Narodowego, toteż z pewnością część jego wyborców zasili Le Pen, tak jak i być może wyborcy Mélenchona, czyli eurosceptycy i obrońcy praw pracowniczych. Nawet jeśli wszyscy zniesmaczeni oddadzą swój głos na niego by powstrzymać Le Pen w wyborach prezydenckich, to na podobną łaskawość nie może przecież liczyć w elekcji parlamentarnej.

Piłka jest więc nadal w grze, a sama wygrana Macrona da Europie i Francji chwilę oddechu, ale tylko tyle.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Niepokój na wschodzie

Sankt Petersburg metro - źródło Wikipedia

Co się dzieje za naszą wschodnią granicą?

Ledwie kilka dni temu w ukraińskim Łucku, ktoś wystrzelil z ręcznego granatnika prosto w okno budynku polskiego konsulatu. Do ofiar nie doszło tylko dlatego, że napastnik chybił i granat zamiast uderzyć w szybę, rozbił się o blaszany dach rwąc go na strzępy i dziurawiąc jak sito. Eksplozja obudziła śpiącego w pokoju pracownika konsulatu zamiast jak to było planowane - pozbawić go życia. O takiej intencji świadczy zorganizowany na drugi dzień protest Polaków polegający na blokadzie lokalnej drogi. Demonstraci trzymali transparenty z napisami m.in. "Stop ludobójstwu Polaków", "Polacy łączcie się" oraz "Wołyń w sercach".

Bardzo szybko okazało się, że tylko jedna osoba z tych ponad 150 mówi po polsku, natomiast żaden z protestujących Polakiem faktycznie nie był. Każdy zaś dostał równowartość 30 zł za udział w proteście. Co ciekawe, protest miał być odpowiedzią na zamach na konsulat i śmierć pracownika. Nikt nie zginął, ale zaplanowana i opłacona wcześniej akcja była już niemożliwa do odwołania. Tak właśnie działają rosyjskie służby (zresztą od dłuższego czasu, czemu "Globalna gra" poświęca sporo miejsca). Touché.

Dzisiaj natomiast doszło do eksplozji w petersburskim metrze. Bomba eksplodowała w jednym z wagonów, są ofiary śmiertelne, choć jeszcze niewiadomo ile osób ostatecznie ucierpiało. Także dzisiaj, spotkanie w Sankt Petersburgu odbywali Aleksander Łukaszenka i Władimir Putin. To oczywiście nie przypadek chociaż żaden z nich nie jeździ metrem.

Tematem miał być nabrzmiewający konflikt Białorusi z Rosją, a dokładnie współpraca na płaszczyźnie energetycznej (dług Białorusi za gaz i ropę) oraz wojskowej (ćwiczenia Zapad 2017). W obu krajach doszło w ostatnim czasie do masowych protestów społecznych co teoretycznie powinno zbliżyć obydwu dyktatorów. Faktycznie jednak, Białoruś i Łukaszenka stoją przed nielada dylematem. Ilość wojskowego sprzętu jaki Rosja zamierza przerzucić w tym roku na Białoruś jest bez precedensu (przynajmniej od czasów ZSRR). Prócz demonstracji siły mogą one posłużyć do dwóch ukrytych scenariuszy: pacyfikacji lub rozpoczęcia konfliktu w rejonie państw bałtyckich. A bez rosyjskich surowców i rubli, Białoruś nie będzie w stanie funkcjonować. Jak z tej patowej sytuacji wybrnie białoruski prezydent i czy w ogóle mu się uda, pozostaje kwestią otwartą.

Niemożliwe? Scenariusz taki "Globalna Gra" porusza w podrozdziałe "Bałtycki gambit" (opisywany także w jednym z felietonów na blogu).

Tymczasem, działające wyjątkowo dynamicznie rosyjskie służby w zaledwie kilka godzin ustaliły możliwych sprawców zamachu i dostarczyły wizerunek jednego z nich do mediów: wysokiego, posępnego mężczyznę ubranego w czarne, tradycyjne czeczeńskie szaty oraz papachę, z obowiązkową islamistyczną brodą. Można się z takiego obrotu spraw cieszyć, bo przynajmniej nie okazało się, że bombę podłożyli ukraińscy nacjonaliści za polskie złotówki. 

Ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Do rosyjskich manewrów wojskowych zostało jeszcze kilka miesięcy, a w tym czasie przez Europę przejdzie fala wyborów parlamentarnych. Bardzo wiele może się zdarzyć i kto wie, czy dzisiejsze tragiczne wydarzenia z Sankt Petersburga, nie będą miały swojej kontynuacji.

piątek, 17 marca 2017

Globalna gra - juz w sprzedaży!

Miło mi poinformować, że do sprzedaży trafiła moja najnowsza książka - "Globalna gra".

Jest to zdecydowanie największa z dotychczasowych publikacji. Poważne opracowanie dotyczące aktualnej sytuacji geopolitycznej oraz zmian zachodzących na świecie. Temat bardzo skomplikowany, obszerny i trudny do zgrabnego ujęcia. A chciałem żeby był napisany językiem zrozumiałym dla laików i by przekazywał wiedzę w możliwie najbardziej skondensowany i czytelny sposób. Kto odwiedzał mojego bloga w miarę regularnie, ten pewnie wie, że od czasu do czasu publikowałem obszerne teksty o wojnie na Ukrainie, terroryźmie i zagrożeniach dla Europy, a zupełnie niedawno o tym co się dzieje na Pacyfiku. Jakoś tak czy z przypadku, czy z węwnętrznej potrzeby, starałem się zawsze upowszechniać wiedzę ekspercką, do której nikt niezainteresowany nie ma czasu ani ochoty zaglądać. Artykuły te zostały przeczytanie przez kilkanaście tysięcy osób, co jak na skromnego, zagubionego w Internecie bloga uważam za niezły wyczyn. Pozytywnie wypowiadali się o nich nawet eksperci w temacie jak Dawid Wildstein czy dr Wojciech Szewko.

Bo też taka jest prawda, ekspertów mamy w Polsce być może niewielu, ale znakomitych. Ich praca była dla mnie inspiracją, ale by nie poszła na marne musi być rozpowszechniana. Jestem zmęczony, a wręcz wykończony, ale szczęśliwy. Po wielu trudach, nieprzespanych nocach, tysiącach przeczytanych informacji, publikacji, grzebaniu w statystykach i dokumentach źródłowych stworzyłem coś, co powinno zadowolić tak laików, jak i tych posiadających szerszą wiedzę w temacie. Opracowanie, które w części można było przeczytać na niniejszym blogu, zostało teraz zaktualizowane, poprawione i wzbogacone o znaczną ilość nowych treści.

A takich opracowań, najnowszej historii oraz wydarzeń, które przecież nadal dzieją się na naszych oczach i jakie zaważą na naszej przyszłości po prostu na rynku wydawniczym nie ma.

"Globalna gra" kosztowała mnie bardzo wiele pracy ale myślę, że było warto.


Książka dostępna jest w formie ebooka. W moim autorskim sklepie (http://dab-mirowski.pl/) kosztuje 15 zł, natomiast będzie nieco droższa (~4$) w Amazonie, iTunes, Kobo itp. Gorąco zachęcam do kupna i oczywiście dzielenia się wrażeniami! Wasze zdanie jest dla mnie naprawdę ważne. Dzięki.

P.S.

Ach, sklep. Z tego wszystkiego zapomniałem o tym poinformować.

Od kilku dni działa mój autorski sklep internetowy - pod adresem http://dab-mirowski.pl. Można w nim kupić wszystkie moje ebooki w cenach zawsze nieco niższych niż u pośredników. Do dyspozycji 3 formaty - epub, mobi i pdf. Sklep na razie nie jest zbyt piękny ale działa. Nadal nad nim pracuję i będę go rozwijać więc proszę o wyrozumiałość (oraz maila jeśli coś nie zadziała jak powinno). W tej chwili płatności można dokonać za pośrednictwem PayPala (nawet jeśli nie posiada się w nim konta). Kupując w nim, wspieracie mnie bezpośrednio i możecie liczyć na  bonusy w przyszłości :)


piątek, 10 lutego 2017

Słońce wzejdzie na wschodzie

Świat się zmienia. Niby truizm, a jednak rzadko kiedy w najnowszej historii mogliśmy obserwować zachodzące w geopolityce zmiany aż tak wyraźnie jak teraz. Skalę tych przeobrażeń można porównać chyba tylko z upadkiem Związku Radzieckiego ćwierć wieku temu. To był ostatni akord wielu lat konfliktu i konsekwencja całego łańcucha mniejszych zmian. Dziś jest podobnie. Znajdujemy się na chwilę przed rozpoczęciem przedstawienia, które może przyćmić wszystko, co zdarzyło się po II wojnie światowej.



I. Wiedza to siła.


Już widzę cierpkie uśmiechy na twarzach sceptyków, szykujących się do przywalenia mi za oczywisty pleonazm w tytule niniejszego artykułu. Spokojnie, to zamierzony efekt i jest w tym głębszy sens. W dzisiejszych czasach, nic nie jest pewne. Słońce zawsze pojawia się od wschodu? To prawda, ale jakie słońce tam wstanie, to się jeszcze okaże.


Zanim przejdę do rzeczy, odrobina przypomnienia. W maju 2016 roku, w opracowaniu „Przeżyć w Europie" ze szczegółami nakreśliłem bieżącą sytuację geopolityczną świata. Wiele z postawionych tam tez bardzo szybko się sprawdziło. Krwawe akty terroru, a zwłaszcza ten z 14 lipca w Nicei niespodziewanie (dla wielu) przeważyły szalę doprowadzając do Brexitu. W ogólnonarodowym referendum postanowiono o opuszczeniu Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. To fatalne wieści, ale mogło być gorzej, ponieważ udaremniono co najmniej kilkanaście innych zamachów w całej Europie (także podczas Euro2016). Rozbito też kilkadziesiąt siatek i grup terrorystycznych. Wielką werwą wykazały się tu zwłaszcza służby niemieckie, które dotąd trochę przymykały oczy na oczywisty problem islamskiego radykalizmu. Jak spuszczone z łańcucha psy gończe, agenci rozpoczęli naloty na salafickie meczety i aresztowania podejrzanych. Niemniej, sygnał do zmiany dała sama kanclerz Merkel, określając dotychczasową politykę imigracyjną jako błąd. Niestety, mimo niewątpliwych sukcesów służb i policji, to właśnie RFN stała się ofiarą kolejnych zamachów, w tym fatalnego ataku na świąteczny kiermasz w Berlinie, w którym jedną z pierwszych ofiar był polski kierowca porwanej ciężarówki. Co ciekawe, jeszcze kilka miesięcy wcześniej w powszechnym przekonaniu niemieckich polityków ich kraj, jako cel większości imigrantów i swoista oaza dla muzułmanów, miał być wolny od bezpośredniego zagrożenia terrorystycznego. Ta błędna ocena wynikała z założenia, że w wojnie z Daesh celem są tylko kraje otwarcie wrogie wobec Kalifatu. Najlepiej militarnie zaangażowane w bliskowschodni konflikt. Tymczasem chodzi o rozpad Unii i jedności wśród państw Zachodu, której centrum (chcemy czy nie) są właśnie Niemcy. Celem jest powszechny terror. Pisałem o tym jeszcze w 2015 roku w „Superterror nadchodzi" (analizując długofalowe cele salafitów). Ale to w Europie, tymczasem dla wielu największym i jednocześnie najgorszym wydarzeniem roku stał się wybór na prezydenta USA Donalda J. Trumpa. Zgodnie z przewidywaniami, spowodowało to gwałtowne protesty części społeczeństwa niezadowolonej z takiego rozstrzygnięcia, a w konsekwencji zamieszki, starcia z policją i podpalenia.

Czy jednak taki obrót wydarzeń mógł naprawdę być zaskoczeniem? Tak pisałem o tym we wspomnianym wyżej artykule, na siedem miesięcy przed wyborami:

W tej chwili (kwiecień 2016) Trump ma już praktycznie zapewnioną wystarczającą liczbę głosów delegatów, by otrzymać nominację. A z powodu Tea Party, czyli głosów oburzonych, bardzo realną szansę na pokonanie Hillary Clinton w wyborach prezydenckich. Dlaczego? Dlatego, że Amerykanie chcą zmiany i pogrążenia establishmentu, a to właśnie Clinton go uosabia w tym starciu. Takie radykalne tendencje widoczne są zresztą także w innych krajach demokratycznych."

Nie piszę tego po to, żeby podbudować ego. O możliwości wyboru Trumpa mówili wcześniej niektórzy eksperci i (nieliczni) dziennikarze. Fakt, była to mniejszość, wyśmiewana przez mainstream, ale kto chciał dojść do prawdy i poznać świat ten miał ku temu wszelkie narzędzia. Przypominam o tym wszystkim z innego powodu.

Donald J. Trump został jednym z najpotężniejszych ludzi na planecie i stanowić będzie siłę napędową dla wydarzeń i działań, które zaraz opiszę. W związku z tym chciałbym przestrzec i zaapelować, by nie popełniać kolejnego błędu poznawczego, licząc na jego wcześniejsze odwołanie czy bliżej nieokreślone zniknięcie ze sceny politycznej. Stary porządek rzeczy właśnie się wali i nie ma powrotu do przeszłości. Teraz pozostaje tylko cierpliwa i metodyczna analiza poczynań nowego prezydenta. Na razie wystarczy powiedzieć, że w pierwszych dniach swojej prezydentury Trump jedynie utwierdził mnie w sceptycyzmie. Nie chodzi o jego niewyparzony język, brak obycia, oskarżenia o rasizm, szowinizm itp. Z punktu widzenia geopolityki, a o niej piszę, to czy Trump kulturalnie poczeka na swoją wysiadającą z samochodu żonę, czy też wysforuje się na przód, popełniając nieładne faux pais nie ma żadnego znaczenia. Dlatego przywary jego charakteru pominę. Chodzi o zupełnie co innego. Trump bardzo szybko zaczął realizować swoje obietnice wyborcze, nawet te najbardziej populistyczne. Dla USA to dobrze i źle równocześnie, co najlepiej pokazało zachowanie amerykańskich indeksów giełdowych. Na samym początku nieco spadły, by za chwilę wspiąć się na historyczne szczyty. Dlaczego? Ponieważ szereg zapowiedzi i prezydenckich inicjatyw jest postrzeganych jako jednoznacznie pozytywne przez kapitał, m.in. sprowadzenie produkcji z powrotem do USA, zapowiedź ogromnych inwestycji infrastrukturalnych na poziomie federalnym, uproszczenie przepisów czy obniżenie podatków. Tyle, że to co dobre dla USA niekoniecznie jest takie dla reszty świata. To, z kolei, powoduje panikę wśród nieamerykańskich inwestorów. Zwłaszcza populistyczne (bo nierozwiązujące problemu) ruchy w stylu budowy muru na granicy z Meksykiem czy wstrzymania z dnia na dzień wszelkiej imigracji z wybranych państw muzułmańskich. Wszystko wskazuje też na to, że nie zmieni swoich izolacyjnych i pragmatycznych zapatrywań na politykę międzynarodową. Kwestionowanie stosunków z Unią Europejską, NAFTA, NATO czy arabskimi sojusznikami USA musi prowadzić do zmian relacji międzynarodowych i poszczególnych sojuszy. A to z kolei stanowi zagrożenie dla naszego regionu, ponieważ ułożenie od nowa stosunków z putinowską Rosją wymaga uznania przynajmniej części jej roszczeń, do czego administracja Trumpa jest w pełni gotowa. Wszystko wskazuje też na to, że podobnie myśli Kreml. Ledwie w kilka godzin po pierwszej rozmowie telefonicznej Trump-Putin w ukraińskim Donbasie rozgorzały najzacieklejsze walki od 2015 roku. W użyciu były czołgi, ciężka artyleria i systemy rakietowe, zaś następstwem ofiary cywilne i kryzys humanitarny w odciętej od świata, wody i prądu Awdiejewce. Biały Dom zareagował dopiero po kilku dniach walk i licznych apelach społeczności międzynarodowej. Opieszałość tą można tłumaczyć na wiele sposobów, ale niezależnie od tego czy była spowodowana brakiem doświadczenia, naiwnością, czy celowym zaniechaniem administracji, jest mało optymistycznym prognostykiem dla walczącej o prawo do samostanowienia Ukrainy. Tymczasem, Rosja stanowi tylko jedno (i wcale nie najważniejsze) z kilku wyzwań, przed którymi stoi obecna ekipa z Białego Domu.

II. Wejście Smoka.


W „Przeżyć w Europie" ledwie otarłem się o tematykę azjatycką, bo nie była bezpośrednio związana z naszym życiem w Europie. Zostało mi to zresztą słusznie wytknięte, a czas pokazał, że wydarzenia w Azji będą miały na nas dojmujący wpływ. Pora naprawić błąd. Tym bardziej, że wydaje się bardzo prawdopodobne, iż to tam a nie w Europie zacznie się za chwilę największy tumult.

Cofnijmy się na chwilę do lat siedemdziesiątych XX wieku. To wtedy prezydent Richard Nixon dokonał wielkiego zwrotu w polityce USA, doprowadzając do nawiązania stosunków dyplomatycznych z Chińską Republiką Ludową. O niezwykłości i doniosłości tego wydarzenia niech świadczy fakt, że od czasu upadku armii Czang Kaj-szeka i jego ucieczce na wyspę Tajwan w 1949 roku, USA pozostawały jeśli nie w stanie wojny z CHRL, to przynajmniej otwartej wrogości. Nixon rozumiał jednak, że wojna w Wietnamie prowadzi donikąd, angażując amerykańskie siły i środki, podczas gdy Związek Sowiecki rozbudowywał swoje wpływy. To był ich główny przeciwnik w zimnej wojnie, a nie dystansujące się od ZSRR i z nim skonfliktowane Chiny. Krok ten okazał się słuszny. Nie tylko zapewniono sobie chińską neutralność w zmaganiach z Sowietami, ale też pchnięto Państwo Środka (także finansowo) w kierunku gospodarki rynkowej (choć minąć musiało kilka lat), a w dalszej perspektywie ostatecznie pokonano ZSRR. Nie chcę zagłębiać się tutaj w szczegóły, dość powiedzieć, że autorem tego rewolucyjnego zwrotu polityki amerykańskiej (tzw. détente), był nikt inny jak doradca ds. bezpieczeństwa narodowego - Henry Kissinger. Późniejszy sekretarz stanu, laureat pokojowej nagrody Nobla i jeden z najbardziej wpływowych polityków w historii kraju.

Stany Zjednoczone wygrały zimną wojnę, czego efektem była ich niezaprzeczalna światowa hegemonia, trwająca nieprzerwanie przez 26 lat, aż do dzisiaj. Z różnych względów, pozycja ta zaczęła się chwiać. Po pierwsze, wojna z terroryzmem okazała się długotrwałym konfliktem światowym bez perspektyw na szybkie jej zakończenie. Po drugie, lekkomyślnie poparta przez Zachód Arabska Wiosna Ludów zdestabilizowała cały Bliski Wschód, dając pożywkę dla wszelkiej maści radykalnych ruchów islamskich (Al-Kaida, Bractwo Muzułmańskie, wreszcie ISIL/ISIS). Po trzecie, wybuchł światowy kryzys gospodarczy. Po czwarte polityka zagraniczna Barracka Obamy pozornie oparta była o porozumienie i koncyliację oraz odrzucenie siły jako argumentu w dyplomacji. Faktycznie jednak, zacieśniając stosunki handlowe, dbano też o zwiększanie obecności wojskowej w regionie, powodując duży dysonans, a w efekcie irytację Chin. Wszystkie te aspekty wstrząsnęły światową pozycją USA, doprowadziły do osłabienia siły militarnej (ograniczenie budżetu, które wstrzymało rozbudowę sił na Pacyfiku, przy jednoczesnym ich zmniejszeniu w Europie i na Bliskim Wschodzie), skomplikowały ich relacje z sojusznikami, a także w efekcie ośmieliły pretendentów do tronu hegemona. W poszczególnych regionach własną, sprzeczną z interesem USA, politykę zaczęły prowadzić m.in. Turcja i Iran. Dalej na wschód, konsekwentnie rozbudowująca arsenał nuklearny, Korea Północna oraz stanowiące największe wyzwanie Rosja i Chiny. O działaniach Kremla wiemy jednak dość dużo, ponieważ ich agresywny charakter stał się oczywisty już w 2008 roku (inwazja na Gruzję). Odbudowa strefy wpływów sprzed rozpadu ZSRR stanowi dla Rosjan priorytet polityczny od ponad dekady. Dopiero w ostatnich kilku latach, na fali intensywnej rozbudowy i przebudowy armii oraz koniunktury gospodarki opartej o surowce (gaz, ropa), Rosja przeszła z fazy adaptacji, w realizację. Stąd zajęcie Krymu, inwazja na Ukrainę, odmrażanie konfliktów na Kaukazie, dołączenie do wojny w Syrii itp. Z tym, że rosyjska ekspansja w Europie i na Bliskim Wschodzie ograniczana jest przez licznych sojuszników Ameryki. Takich problemów nie mają Chiny, będące w dużo bardziej komfortowej sytuacji pod względem geograficznym.

Kissingerowskie odprężenie pozwoliło Chinom skupić się na polityce wewnętrznej. Po tragicznych eksperymentach Wielkiego Skoku i Rewolucji Kulturalnej, wygaśnięciu walk w łonie Komitetu Centralnego, Chiny pod przywództwem Deng Xiaopinga w końcu zaczęły wychodzić na prostą. W krótkim czasie, bo zaledwie dekady, ze zrujnowanego ekonomicznie kraju powstał produkujący wszystko azjatycki tygrys. Liczne reformy, w tym zniesienie kolektywizacji, wprowadziły nieco liberalizmu i demokracji. Zryw twardogłowych (w odpowiedzi na zbyt „radykalne" postulaty studentów) z 1989 roku zakończony masakrą na Placu Niebiańskiego Spokoju, nie powstrzymał tych zmian. Przeciwnie, doprowadził do ostatecznej utraty władzy przez generałów. A wzrost gospodarczy na poziomie między 8 a 14% rocznie, utrzymujący się przeszło dwadzieścia lat, nie tylko przebudował chińskie społeczeństwo, ale też pozwolił na wrócenie do tego czym Chiny były przez tysiące lat. Do roli mocarstwa nie tylko z uwagi na ogromne terytorium państwa i liczbę ludności, ale ze względu na swoją siłę gospodarczą, polityczną i militarną.

Oczywiście, specyfika postrzegania geopolityki przez CHRL jest odmienna od naszej. Na przykład, oficjalne zapatrywania władz w tej kwestii, oparte są o tzw. pięć zasad pokojowego współistnienia. Odrzucenie hegemonizmu, postawienie na dialog i pokojową koegzystencję narodów, czyli tylko i wyłącznie miękkie środki oddziaływania. Dowodem takie nastawienia jest fakt, że Chiny od lat rozbudowują swoją pozycję w Afryce (wysyłają specjalistów, rozbudowują firmy i inwestycje, „kupują" przychylność władz) w sposób całkowicie pokojowy. Podobnie pokojowo dominują w handlu międzynarodowym (zaplecze produkcyjne świata Zachodu) czy na rynku walutowym. Chiny przez długi czas posiadały największe na świecie rezerwy walutowe, pozwalające na manipulację kursami np. dolara. Przyćmiły pod tym względem gospodarkę amerykańską i europejską, a przypieczętowaniem tego stanu rzeczy ma być budowa nowego Jedwabnego Szlaku. 
 

Cierpliwością i ciężką pracą mocno wyzyskiwanych obywateli, Chiny wywindowały swoją światową pozycję w sposób nieosiągalny przez jakikolwiek konflikt militarny. Nic jednak nie trwa wiecznie, zwłaszcza że cała sytuacja przestała odpowiadać USA. Gdzie dochodzimy do punktu zwrotnego. Po raz pierwszy od dekad, gospodarka Kraju Środka dostała zadyszki. Wzrost gospodarczy spadł do „ledwie" 6,5%, a w ruch poszły rezerwy walut i złota, mające utrzymać kurs juana. Wszak żaden wzrost nie może trwać wiecznie, zwłaszcza kiedy ciągle odgórnie sterujące gospodarką władze próbują nie dopuścić do koniecznej korekty. Tylko że kryzys przychodzi w bardzo niesprzyjającym dla Chin momencie. Dominacja gospodarcza w świecie, miała bowiem posłużyć do konsolidacji chińskiej władzy w regionie. Decydenci z pewnością długo zastanawiali się co robić.

Pisałem o ich odmiennej od naszej percepcji. Dla Chin wyspa Tajwan jest integralną częścią terytorium, pozostającą tylko chwilowo poza kontrolą legalnych władz w Pekinie, podobnie jak Morze Południowochińskie (spora część zachodniego Pacyfiku). Wszystkie pozostałe państwa regionu mają w tej materii przeciwne poglądy. Kontrola nad tym morskim obszarem to nie tylko dostęp do wielu zalegających pod dnem morskim surowców, ale też panowanie nad bardzo ważnymi szlakami handlowymi. To dlatego od kilku lat powstają na nim sztuczne wyspy, na których budowane są porty dla okrętów wojennych i bazy lotnictwa. W ten sposób Chiny zyskują przewagę nad swoim głównym przeciwnikiem w rejonie Pacyfiku - Stanami Zjednoczonymi. Amerykańscy wojskowi dostrzegli ten problem już w 2009 roku, a od 2010 znana jest oficjalna doktryna wojskowa o nazwie „bitwa powietrzno-morska" (AirSea Battle - w skrócie ASB). Zakłada ona realny scenariusz wybuchu wojny między Chinami oraz USA i ich sojusznikami w rejonie zachodniego Pacyfiku. Problem, niemal zupełnie ignorowany w polskiej publicystyce, został mimo wszystko dostrzeżony już w 2012 roku (polecam znakomite opracowanie Jacka Bartosiaka).

W tym kontekście przypomnijmy sobie działania poprzedniego prezydenta USA Barracka Obamy. Jego zwrot na Wschodnią Azję (tzw. pivot), określający zmianę priorytetów z polityki europejskiej i bliskowschodniej na azjatycką, dotyczył właśnie tego problemu. Jak już pisałem, Obamę cechował przemożny pacyfizm. Toteż mimo że Pentagon opracował plany wojenne (wg zasady Si vis pacem, para bellum), prezydent szukał pokojowego rozwiązania rodzącego się (i nieuchronnego) sporu. Przez pewien czas po 2009 roku, ta polityka przynosiła spodziewany efekt. Wymiana handlowa i gospodarcza kwitła. Ale do czasu. Świadomi zagrożenia Amerykanie musieli zacząć umacniać swoją wojskową obecność w regionie. Rozbudowali bazę, przenieśli znaczną część floty, a razem z nią najnowsze samoloty tzw. piątej generacji. Takie zbrojenia nie spodobały się jednak sojusznikom obawiającym się reakcji Chin, a w dalszej kolejności wymuszone przez Kongres cięcia wydatków zahamowały cały proces. Chiny poczuły się zagrożone. No bo jak to? Mieliśmy współpracować, a wy się zbroicie? Trzeba przy tym pamiętać, że ich filozofia każe inaczej spoglądać na rzeczywistość. Zawsze chodzi o długą perspektywę, a nie partykularne interesy teraźniejszości. Decydenci doszli więc do wniosku, że by zniwelować amerykańską przewagę, należy czym prędzej działać. A w zasadzie, jeden konkretny człowiek - Xi Jinping, który objął władzę prezydencką po „miękkim" Hu Jintao.




Już mniej więcej w 2013 roku, chińskie wojska inżynieryjnie w tajemnicy przystąpiły do budowania sztucznych wysp na rozsianych po dalekich zakątkach Morza Południowochińskiego rafach koralowych lub niezamieszkałych wysepkach i skałach. Wszędzie tam, gdzie dno morskie prześwitywało przez błękitną taflę wody, ogromne pogłębiarki zrzucały tysiące ton morskiego piachu. Rosnące hałdy wyrównywały spychacze, a na tak ukształtowanych wyspach poczęły powstawać lotniska, porty, instalacje rakietowe. Ile dokładnie? To wiedzą pewnie tylko sami Chińczycy, ale mówi się o setkach tak skonstruowanych wysepek (wykryto ok. 500 miejsc „budowy") i dziesiątkach instalacji. Problemem nie było samo ich powstanie per se, tylko fakt, że znajdują się w bliskiej odległości lub praktycznie w sferze wód terytorialnych (wyłącznych strefach ekonomicznych) Filipin, Tajwanu, Wietnamu, Malezji i Brunei. Ich powstanie było więc formą okupacji i zagarnięcia terytorium morskiego bez wypowiedzenia wojny. Taki stan rzeczy musiał spotkać się ze sprzeciwem pokrzywdzonych państw. W lipcu 2016 roku Stały Trybunał Arbitrażowy w Hadze z pozwu rządu Filipin wydał wyrok odrzucający roszczenia Chin do spornego fragmentu morza bliskiego Filipinom. W tym, za nielegalne uznał budowę wysp (także z uwagi na zniszczenia raf). Mimo, że Pekin jest sygnatariuszem konwencji haskiej, władze oficjalnie zapowiedziały, że nie mają zamiaru respektować wyroku i nie dopuszczą do ingerencji w swoje „wewnętrzne sprawy". Nagle, Morze Południowochińskie, będące chińskie tylko z nazwy, stało się wewnętrznym akwenem CHRL. A przynajmniej tak uważają komunistyczne władze, powołując się przy tym na pochodzące z XIV w. mapy cesarskich kartografów.


III. Bitwa powietrzno-morska.


Wróćmy teraz do doktryny ASB. Dla amerykańskich strategów sytuacja jest całkowicie jasna. Są tylko dwa wyjścia. Albo Stany Zjednoczone w zamian za pokój zaakceptują wymuszane na nich status quo, czyli chińskie panowanie na zachodnim Pacyfiku, albo przywrócą status quo ante, czyli amerykańską dominację, do której przecież dążyli. Po prostu z powodu braku konsekwencji dali się wyprzedzić konkurencji. Z uwagi na aspekt geopolityczny (powiązania sojusznicze, zmianę światowego porządku) oraz ekonomiczny (wymierne dochody) teoretycznie oczywistym wydaje się wybór drugiej opcji, czyli wojna. Stąd koncepcja AirSea Battle. 
 

Nie chciałbym w tym miejscu poświęcać czasu na dokładną analizę opracowanego modus operandi, dlatego zainteresowanych odsyłam do wspomnianej wcześniej publikacji J. Bartosiaka. Przedstawię jedynie w dużym uproszczeniu najważniejsze założenia i wnioski płynące z omawianej doktryny. Pierwsza konstatacja: USA są względem Chin w bardzo niekorzystnej sytuacji militarnej. Państwo Środka jest ogromnym krajem, z przepastną tzw. głębokością operacyjną. To oznacza, że na tak dużym terytorium można cofnąć się na tyle daleko, by przeciwnik nie mógł nas dosięgnąć swoim lotnictwem lub rakietami bez przeprowadzenia inwazji lądowej (dla porównania, Tajwan ma niemalże zerową). Kolejną sprawą są odległości i wyposażenie. Ciągle rozbudowywana Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza dysponuje sprzętem, technologią i siłą rażenia, pod pewnymi względami mogącą równać się z amerykańską (np. wojska rakietowe). Ma natomiast stosunkowo słabsze siły morskie (z wyjątkiem dużej ilości okrętów podwodnych). USA dysponuje ogromną flotą i współpracującym z nią lotnictwem, które z uwagi na zaawansowany poziom technologiczny uzbrojenia mogłyby teoretycznie poradzić sobie z Chińczykami. W praktyce problemem są odległości. Kontynentalne Chiny znajdują się dużo bliżej Tajwanu, Korei czy Japonii niż Stany Zjednoczone. Mają w tym rejonie kilkadziesiąt gotowych do użycia baz wojskowych, portów i lotnisk, podczas gdy Amerykanie dysponują zaledwie kilkoma. ChALW jest więc w stanie znaleźć się na miejscu szybciej, przytłaczając przeciwnika swoją masą, zanim USA będzie w stanie zareagować, tj. zatopić lub zepchnąć chińską flotę, zamykając ją w macierzystych portach i zniszczyć bazy rakietowe.

Po lewej łacha piachu przed wizytą chińskich inżynierów, po prawej w trakcie budowania bazy.

Ergo, napisali eksperci, naturalną taktyką Chin musi być atak wyprzedzający - Zastosowanie zmasowanego, niezapowiedzianego i symultanicznego uderzenia na bazy i zgrupowania floty USA oraz jej sojuszników. Zadanie wystarczająco dużych strat pozbawi Stany środków operacyjnych w regionie, zmusi do rozproszenia sił i skupienia się na odtworzeniu zdolności działania floty. To, z kolei, da czas na rozbicie pozostawionych samych sobie Tajwanu i Korei, a na dokładkę jeszcze zblokowanie Japonii. Liżący rany Amerykanie będą jeszcze musieli zabezpieczać swoje pacyficzne konwoje przed nękającymi je watahami okrętów podwodnych nim dotrą z pomocą w rejon działań. Powtórka z tzw. bitwy na Atlantyku okresu II WŚ. Zresztą, nie tylko w tym aspekcie, bo skojarzenie z japońskim atakiem na Pearl Harbour w 1941 roku nasuwa się samo. Dzisiaj trzeba to tylko zrobić w dużo większej skali i bez powielania błędów. A będzie znacznie łatwiej, wszak Chiny dysponują własną siatką satelitów, co znacznie ułatwi tropienie i wykrywanie nieprzyjacielskich okrętów. Reasumując, chodzi o to by uderzyć z dużą mocą, a następnie przejść na pozycje obronne.

To jest właśnie clou tej ewentualnej przyszłej wojny, z którego obie strony świetnie zdają sobie sprawę. Pewnym jest, że nie dojdzie do użycia broni jądrowej, ponieważ jako ostateczny argument, jest ona zarezerwowana na ewentualność zagrożenia istnienia narodu jako takiego. A tutaj żadna ze stron nie ma zamiaru przeprowadzać inwazji na terytorium przeciwnika. Chodzi „tylko” o panowanie na Morzu Południowochińskim, wobec czego jedyną „ziemią” do zdobycia jest łańcuch wysp, tzw. Paracelskich i Spratly. Archipelagi te to kilkaset wysepek oraz dwanaście rozłożystych raf koralowych. To będzie morska wojna handlowa, wojna o zasoby. A taki typ rządzi się nieco innymi zasadami (brak okupacji terenów zamieszkałych, działanie z dala od swojego terytorium itp.). W konflikt ten zaangażowanych jest bardzo wiele państw. Spór dyplomatyczny trwa już od kilkudziesięciu lat (tzw. linia dziewięciu kresek), a teraz po prostu zmierza do kulminacyjnego momentu.


A jak Amerykanie mają zamiar obronić się przed tym atakiem, skoro tak znakomicie rozpoznali sytuację? Otóż nie zamierzają. Po pierwsze, chiński atak stanowić będzie idealny pretekst, tzw. casus belli. Dopuszczenie do niego jest wręcz wskazane. W innym wypadku to USA musiałyby doprowadzić do wojny, a to nie spodoba się ich sojusznikom, nie mówiąc o ONZ i amerykańskiej opinii publicznej. Sytuacja analogiczna z tą z ataku na Pearl Harbour, do którego admiralicja świadomie dopuściła, uprzednio wyprowadzając główne siły floty z portu. Tym razem zadanie będzie trudniejsze, ale nie niemożliwe. Flota musi przetrwać, a poniesione straty muszą pozostać na akceptowalnym poziomie. Dopiero w takim wariancie USA przejdzie do błyskawicznego kontrataku na morzu, w powietrzu, kosmosie i cyberprzestrzeni. Wielkie znaczenie odegra w tym wszystkim Japonia, którą Amerykanie muszą za wszelką cenę utrzymać. W razie utracenia lub dużego uszkodzenia baz na Guam i Marianach będzie ona dla nich naturalnym punktem zbornym oraz miejscem przerzutu uzupełnień. Z tego samego powodu Chińczycy będą dążyć do wypchnięcia Japonii z konfliktu, czy to przez działania militarne, czy też dyplomację (albo hybrydową mieszkankę wszystkich sposobów, łącznie z propagandą i dezinformacją).

Tak jak zaznaczyłem, przedstawiony obraz działań jest siłą rzeczy skrótowy i ogólny. Nie piszę w ogóle o tym, jak i dlaczego chińskie okręty podwodne będą zapuszczać się aż na Ocean Indyjski i pod Hawaje, po co Amerykanom okręty AEGIS i czemu pierwszym krokiem musi być oślepienie przeciwnika i wyłączenie zdolności A2AD (Anti-Access/Area Denial - tzw. izolowanie pola walki). To jest mało istotne z punktu widzenia geopolityki. Ważne, że działania zbrojne trwać będą miesiącami, a być może nawet rok czy dwa. A to właśnie z uwagi na specyfikę wojny morskiej, wielkie odległości, gigantyczną logistykę, głębokość operacyjną i potężne odwody, którymi dysponują obie strony. Wygrana Chin będzie przypieczętowaniem dominacji kraju w regionie oraz znacznym osłabieniem pozycji USA. Być może nawet zrzuceniem ich z tronu.

Czy taki scenariusz jest nieuchronny?

IV. Aż wzejdzie słońce.


Dlaczego wojna miałaby wybuchnąć akurat teraz? Z kilku powodów.

Chińskie zbrojenia osiągnęły poziom, pozwalający w sprzyjających okolicznościach na konkurowanie z USA. Dysponują nowoczesnym lotnictwem, okrętami typu AEGIS, atomowymi okrętami podwodnymi, systemami rakietowymi (w tym anty-rakietowymi), siatką satelitarną oraz zasobami technologicznymi do walki cybernetycznej. Dlatego wykorzystując wymuszoną okolicznościami bierność prezydenta Obamy, metodą faktów dokonanych rozpoczęto aneksję Morza Południowochińskiego. Z drugiej strony, sprzyja temu sytuacja geopolityczna, angażujące siły i uwagę amerykańską rosyjski imperializm i bliskowschodni chaos. W dodatku, sama pozycja USA wydaje się obecnie najsłabsza od lat. Stany wiele utraciły tak politycznie, jak i gospodarczo, a ich okrojona z funduszy armia wydaje się nieprzygotowana do większego konfliktu. Tymczasem gospodarka Chin kwitła, władza w partii została skonsolidowana i zaczęto wprowadzać szereg ambitnych reform. Wszystko to idealnie wpisywało się w plan tzw. „dwóch stuleci” prezydenta Xi Jinpinga. Tak nazwano zbiór podzielonych na dwa etapy celów, kamieni milowych w rozwoju Chin, mający uczynić z kraju światową potęgę, a społeczeństwu dać poziom życia tożsamy z dzisiejszym tzw. „American dream” (nazwany „Chinese Dream” !). Pierwszy etap ma się zakończyć już w 2021 roku (na stulecie Komunistycznej Partii Chin), a drugi dopiero w 2049 roku (na stulecie Chińskiej Republiki Ludowej).

Ku zgrozie Pekinu, amerykańskie wybory prezydenckie wygrał człowiek, zapowiadający radykalne zmiany, o wyraźnie anty-chińskim nastawieniu (co nawet zaznaczył w programie wyborczym). Trump dosłownie chwilę po objęciu urzędu dokonał najpoważniejszego, dyplomatycznego afrontu, jaki był w tych okolicznościach możliwy. Odbył oficjalną rozmowę telefoniczną z prezydent Tajwanu, panią Tsai Ing-wen. Był to pierwszy kontakt na tak wysokim szczeblu między oboma państwami od czasu wymuszonego przez Chiny zerwania stosunków dyplomatycznych między USA a Tajwanem w 1979 roku. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że nowo wybrana prezydent odmówiła stosowania się do tzw. zasady jednych Chin. Trump więc nie tylko zamierza, jak zapowiadał, odbudować potencjał militarny Stanów i „uzdrowić” relacje handlowe, ale też odzyskać utracone wpływy, a to z kolei zagraża chińskiej gospodarce i ekspansji na Pacyfiku.

Kolejnym ciosem było tąpnięcie na rynku. Chiny stoją na krawędzi ogromnego krachu gospodarczego i działania Trumpa mogą je wepchnąć w przepaść. Przesterowana gospodarka, której decydenci od lat nie pozwalają na naturalną korektę, stanowi jeden wielki balon spekulacyjny, który musi pęknąć. Dopiero co mieliśmy paniczną wyprzedaż na szanghajskiej i pekińskiej giełdzie, a trzeba jeszcze do tego dodać nieprawdopodobną skalę spekulacji rynku budowlanego. Dosłownie całe miasta powstające jako inwestycja, która nigdy się nie zwróci. Ponieważ ceny nieruchomości rosną nieprzerwanie od 20 lat, wielu obywateli posiada po kilka (lub kilkanaście) lokali mieszkalnych. W powszechnym odczuciu, jest to najbezpieczniejsza lokata kapitału i gwarantowany zysk. W Chinach nie ma kultury najmu mieszkaniowego, toteż zakładany dochód opiera się tylko i wyłącznie na zasadzie „kup tanio, sprzedaj drożej”. W praktyce, ze zbyciem mieszkania są problemy, bo niekończącą się konkurencję dla rynku wtórnego stanowią deweloperzy. 

Powstają więc całe dzielnice i miasta duchów, ponieważ nie ma chętnych do zamieszkania w tych betonowych pustyniach. Podobna bańka spowodowała światowy kryzys gospodarczy w 2008 roku. Niewielkim pocieszeniem w tym kontekście jest fakt, że chińskie społeczeństwo posiada dużo większą zdolność kredytową, wobec czego prawdopodobnie będzie w stanie spłacać swoje zobowiązania, zupełnie inaczej niż Amerykanie. Mimo wszystko głębokie problemy, zwłaszcza tak ważnej gospodarki, oznacza bankructwo firm i ich kooperantów, spadek wartości waluty, zwolnienia i wstrząsy, które muszą rozejść się po całym świecie. Na ratowanie kursu juana rząd w Pekinie wydał już przeszło 300 mld dolarów. Niewiele to jednak pomogło. Skoro więc wiadomo, że kryzys można tylko opóźnić, ale nie da się go uniknąć, jak decydenci mogliby wynieść z tej kabały swoje głowy? To proste. Nic tak nie łagodzi obywatelskiego wzburzenia i nie konsoliduje społecznego poparcia jak zagrożenie ze strony wspólnego wroga. Od przeszło 15 lat, chińskie nakłady zbrojeniowe rosną w tempie 10% rocznie (obecnie 1.9% PKB). Z kolei, w 2016 roku wprowadzono głęboką reformę zmian strukturalnych armii. Organizacja, dowództwo, okręgi wojskowe - wszystko to ma przyczynić się do uczynienia z licznej, ale do niedawna przestarzałej armii, nowoczesną i sprawną siłę. Kilka tygodni temu media doniosły o niespodziewanym rozmieszczeniu chińskich systemów rakietowych dalekiego zasięgu przy północno-wschodniej granicy z Rosją. Niektórzy sugerowali jakoby miało to coś wspólnego z nie najlepszymi relacjami obu państw. Nic bardziej mylnego - kraje te łączy strategiczny sojusz i znakomite osobiste kontakty między prezydentami Jinpingiem a Putinem. Umiejscowienie jednej z groźniejszych broni w chińskim arsenale akurat w prowincji Heilongjiang miało jeden cel. Po pierwsze, jest to dobitny sygnał dla Japonii, która znalazła się w zasięgu owych rakiet by trzymała nerwy na wodzy. Po drugie, ich umiejscowienie niejako w głębi kontynentu, za pasmem rosyjskiej ziemi oznacza, że nie można ich zaatakować, bez naruszania rosyjskiej przestrzeni powietrznej. Mało tego, rosyjskie systemy obrony powietrznej, chcąc nie chcąc, będą tutaj dodatkowym zabezpieczeniem.

Jeśli więc nie teraz, to kiedy? Podobna okazja może się już nie powtórzyć w najbliższych latach i chociaż dowództwo ChALW świetnie zdaje sobie z tego sprawę, decydenci polityczni wolą konfliktu uniknąć. Groźba wojny działa przecież równie dobrze, a nawet lepiej niż sama wojna. Tylko czy to wystarczy? Wszak nastał rok ognistego czerwonego koguta, według wierzeń mający skłaniać do odwagi i pokonywania trudności. Może więc jest to rok w którym nastanie czerwony chiński świt?

Gdyby jednak Chiny wahały się zbyt długo, administracja Trumpa może uczynić wszystko, by je do wojny sprowokować. To kolejne zagrożenie.


V. Gra w pokera.


Pierwsze tygodnie nowego prezydenta USA na urzędzie dostarczyły nam wielu nowych informacji. Niekoniecznie dobrych. Trwa właśnie partia pokera, cały świat gra z USA. Strony próbują wyczuć na ile mogą sobie pozwolić, na ile zdeterminowany jest przeciwnik. Wreszcie, jakimi kartami faktycznie dysponuje i czy przypadkiem nie jest to blef.

Donald Trump jest pragmatykiem, człowiekiem biznesu, któremu w żaden sposób w sprawowaniu urzędu nie przeszkadza własna ignorancja. Niezręczności i wpadki wypadają z jego ust i gestów niczym króliki z kapelusza. Co tylko pokazuje, że nie możemy być pewni żadnych wcześniej zawartych sojuszy czy postanowień. Brak wiedzy i niezręczny język to wybuchowa mieszanka w dyplomacji. Jako polityk, który chce uchodzić za anty-establishmentowego, krytykuje w zasadzie wszystkie dokonania i wybory swojego poprzednika. Pół biedy, jeśli odnosi się do polityki krajowej. Gorzej, jeśli tak samo zachowuje się w relacjach międzynarodowych. Moglibyśmy liczyć na pewne złagodzenie stanowiska i utrzymanie ciągłości postanowień ze względu na obsadę prezydenckiej administracji. A są to ludzie, na których Trump będzie w całości polegać (zwłaszcza w tematach, o których ma blade pojęcie). Nie jestem jednak pewien, czy dobór współpracowników powinien bardziej uspokoić czy zaniepokoić? Steve Bannon (starszy doradca)- biznesmen i antysystemowy demagog. Generał Michael T. Flynn ( ds. bezpieczeństwa narodowego) osobiście znający Putina i wielokrotnie wypowiadający się dla kremlowskiej gadzinówki Russia Today. Steven Mnuchin (sekretarz skarbu) były wspólnik w Goldman Sachs czy Rex Tillerson (sekretarz stanu), były szef ExxonMobil. Chociaż jest też promyk nadziei w osobie gen. Jamesa Mattisa (sekretarz obrony) o mocno antyrosyjskich przekonaniach i jeszcze jedna osoba, która być może z całego tego chaosu, ułoży jakąś sensowną całość.

aut. The Atlantic

Nieoczekiwanie, z powrotem na szczyty władzy wdarł się nie kto inny a Henry Kissinger. Historia zatoczyła koło. Kto by pomyślał, że ten 93-letni nestor dyplomacji, jeszcze kiedykolwiek przyczyni się do wyboru drogi, jaką podążą Stany Zjednoczone? W końcu jego relacje z poprzednim dysponentem Białego Domu okazały się chłodne. Obama był pierwszym prezydentem, który nigdy nie pytał i nie zamierzał pytać Kissingera o zdanie. Dzisiaj to już przeszłość. Ludzie tacy jak Henry Kissinger, patrzą na dzisiejsze wydarzenia z dużo szerszej perspektywy i ma to wiele wspólnego z amerykańskim mesjanizmem ( American exceptionalism).

Tutaj szybka, ale konieczna dygresja. Nie tak łatwo doszukać się w polskim Internecie definicji amerykańskiego mesjanizmu. Użyłem tutaj określenia mesjanizm”, by uczynić paralelę czytelniejszą. W historii mieliśmy propagowaną przez wieszczy narodowych, np. Adama Mickiewicza ideę Polski jako Chrystusa narodów. W Ameryce było podobnie. W tym przypadku exceptionalism, czyli poczucie wyjątkowości składa się z trzech przenikających się tez. Po pierwsze, przekonania, że Amerykanie stanowią pierwszy z nowych narodów świata, nowoczesny i oświecony, wykuty w ogniu Amerykańskiej Rewolucji, oparty na zasadach wolności, egalitaryzmu, indywidualizmu, republikanizmu, demokracji oraz tzw. leseferyzmu. Drugi mówi, że naród ten ma nadaną przez Boga dziejową misję, przeobrażania świata na swoje podobieństwo. Trzeci, że wobec dwóch powyższych oraz swojej historii Amerykanie są lepszym, wyjątkowym narodem, ponad innymi narodami. 
 

W tym kontekście amerykański mesjanizm jest podobny do historycznego chińskiego przekonania o tym, że wszystkie inne kraje Azji są wobec tego hegemona krajami podległymi. Pod koniec 2016 roku Kissinger udzielił bardzo ciekawego wywiadu w The Atlantic, w którym dość wyraźnie zaznacza, że amerykańsko-chińska wojna byłaby dla świata tragedią i powinno się jej za wszelką cenę uniknąć, najlepiej zamieniając wojnę na pełną obopólnych korzyści współpracę. Mimo to, oba kraje tkwią w sprzecznościach, ponieważ wzrost jednego, zawsze oznaczać będzie zagrożenie dla drugiego (tzw. pułapka Tukidydesa).

Najlepiej sytuację ilustruje podejście Trumpa, który nie chce wzrostu chińskiej potęgi, a raczej by USA zachowały swoje wpływy. Podobnie myślą niektórzy z kierownictwa komunistycznego.

W tym samym artykule Kissinger stawia tezę, że drogą do porozumienia jest zmiana amerykańskiego mesjanizmu, który wpędził kraj w tarapaty.


Zbyt głęboko uwierzyliśmy - powiedział do dziennikarza - że jesteśmy w stanie zaprowadzić demokrację w Wietnamie czy Iraku, tylko poprzez pokonanie naszych wrogów i niezłomną dobroduszność. A stało się tak, ponieważ to co robiło nasze wojsko, nie szło w parze z akceptacją społeczną ani jakąkolwiek realną strategią dla regionu (tłum. własne).


Twierdzi, że aby zmienić stan rzeczy, trzeba też przebudować cele i dążenia powodujące amerykańską polityką. I akurat ta diagnoza, jest w stu procentach zgodna z poglądami Trumpa. Stąd pragmatyzm, staje się słowem kluczem do polityki USA. Są cele krótkoterminowe, jak pokonanie Państwa Islamskiego i długoterminowe, jak odbudowa pozycji USA i powstrzymanie Chin. W obu przypadkach, konieczne staje się ułożenie poprawnych relacji z Rosją.

To Putin, a nie Obama, dokonał lądowej interwencji w Syrii, co uratowało reżim Baszara al-Assada i zatrzymało ekspansję Daesh w kierunku zachodnim. Dzięki temu Rosji nie da się już wypchnąć z Bliskiego Wschodu, a Putin tak jak chciał, stał się rozgrywającym w regionie. Zwłaszcza, że zaskakująco dogadał się z Turcją. Państwem, od pewnego czasu grającym bardzo nieczysto (sterowanie kryzysem imigracyjnym, finansowanie ISIS, eksterminacja Kurdów), a które w lipcu 2016 przeszło poważny, nieudany wojskowy zamach stanu.


Rzecz niespodziewana, bo chociaż nie był to pierwszy raz w tureckiej historii (ostatnia interwencja armii miał miejsce w 1997 roku), nigdy wcześniej pucz nie spowodował tak głębokiego załamania relacji USA - Turcja. O przewrót Recep Erdoğan oskarżył nikogo innego jak przebywającego w Stanach Fethullaha Gülena i jego turecką organizację FETO. A pośrednio też Zachód, czyli swoich natowskich sojuszników. Sprawa była bardzo poważna. Siły tureckie otoczyły bazę Incirlik, a jest ona siedzibą lotnictwa koalicji antyislamskiej, w tym USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Arabii Saudyjskiej. Jest też miejscem składowania bomb atomowych typu B61 - w liczbie między 50 a 90 sztuk, w ramach tzw. nuclear sharing. Jej mieszkańcy przez wiele dni pozostawali odcięci od dostaw wody i prądu, co skrzętnie ukrywano przed światową opinią publiczną. Oficjalnym powodem blokady był fakt korzystania z infrastruktury lotniska (użytkowanego także przez siły tureckie) przez rzekomych zamachowców. Ale nawet aresztowanie tureckiego szefa bazy nie spowodowało przywrócenia dostaw. Co każe wątpić w tę wersję i postrzegać całą awanturę jako niepokojącą demonstrację siły.

W tym kontekście prawdopodobnym staje się scenariusz, w którym w imię zapędów mocarstwowych, Turcja zrezygnowałaby z członkostwa w NATO. Zwłaszcza że, w ramach reperkusji po puczu, Ankara zaczęła szukać zwady z Atenami (sporne wyspy w greckim posiadaniu) i dokonała inwazji na terytorium północnej Syrii. Wobec powyższego, jedyną szansą dla USA na pozostanie w syryjskiej grze, jest mocne wsparcie autonomii Kurdyjskiej. To nie może podobać się antykurdyjskiej Turcji. A na tym nie koniec amerykańskich kłopotów, ponieważ w regionie jest też wciąż niestabilny Irak czy roszczeniowy, dążący do wzmocnienia swojej pozycji w świecie Iran. Gdyby do tej koalicji na stałe dołączyła Rosja, to USA równie dobrze mogą już pożegnać się z Bliskim Wschodem (z wyjątkiem Izraela). Argument za realizacją takiej ewentualności, dostarczyła ostatnia konferencja (luty 2017) w sprawie Syrii w kazachskiej Astanie, na którą nie zaproszono USA.

Następnym zmartwieniem Trumpa pozostaje rozpalona wojną Ukraina i mogąca wkrótce do niej dołączyć Białoruś. W tym kontekście coraz bardziej podzielona i rozpadająca się Europa (Brexit) nie jest dla Białego Domu żadną pomocą, co najwyżej przeszkodą na drodze do dogadania się z Kremlem, ale sytuacja ta może ulec bardzo szybkiej zmianie. Przed nami gorący rok wyborczy we Francji, Niemczech, Holandii i Czechach. We wszystkich tych krajach wiele do powiedzenia będą miały siły antysystemowe, co niestety często idzie w parze z otwartą prorosyjskością.


VI. Podsumowanie.



Reasumując, USA tak jak i cały świat, są obecnie na rozdrożu. Długofalowym celem jest powstrzymanie chińskiej ekspansji. Z tego względu Biały Dom stara się wysondować możliwość porozumienia z Kremlem poprzez podział wpływów. Nieoficjalnie wiadomo, że oznacza to akceptację, w takiej czy innej formie, aneksji Krymu oraz zniesienie sankcji w zamian za wygaszenie wojny w Donbasie. Przeszkodą w tej chwili jest nastawienie państw europejskich, jak i samej Ukrainy. Dlatego możliwe, że Rosja spróbuje zaognić sytuację jeszcze bardziej, tak aby zgoda na podział kraju wydała się wcale nie tak złym rozwiązaniem. Moim zdaniem, nastąpi to poprzez mniej lub bardziej siłowe zdyscyplinowanie albo wymianę władz Białorusi oraz rozpalenie na nowo regionalnych konfliktów, na Kaukazie (Armenia-Azerbejdżan) i na Bałkanach (Serbia-Kosowo, Bośnia i Hercegowina). Następnym krokiem będzie zastraszenie państw bałtyckich (i NATO) oraz ostateczne osaczenie Ukrainy (Moławia-Naddniestrze, Białoruś, Krym-Donbas, Rosja) i wymuszenie zmiany władzy. Dodatkową dźwignią negocjacyjną będą rozgrywki w Syrii i wojna przeciw Daesh. Co ciekawe, taki sam scenariusz będzie realizowany przez Kreml w przypadku zaostrzania się sytuacji na Pacyfiku. Putin nie przegapi żadnej okazji na wzmocnienie swojej pozycji.


Czy administracja Donalda J. Trumpa poradzi sobie z tymi wyzwaniami? Czy starczy im wiedzy, umiejętności i taktu, by nie doprowadzić do światowego konfliktu? Wreszcie, czy przebudzenie Stanów Zjednoczonych, jakie zapowiada Trump, nie będzie tylko widowiskowym ostatnim tangiem? Mamy zimę 2017 roku. Wszystkie karty leżą na stole, ale poza zastanawianiem się nad przyczynami stanu rzeczy i możliwymi konsekwencjami, nie mamy żadnej możliwości przewidzenia przyszłości.

Czy nowy świt wstanie w kolorze czerwonych Chin? To tylko jedna z możliwości.
Wiemy tylko tyle, że nadchodzący rok będzie przełomowy a słońce wzjedzie na wschodzie.


Filip Dąb-Mirowski
luty 2017