Wydarzenia z 16 grudnia 2016 roku stały
się znakomitą ilustracją najnowszej historii Polski. Oto mamy
posiedzenie Sejmu, na którym poseł partii opozycyjnej za
niestosowanie się do poleceń prowadzącego obrady marszałka,
zostaje wykluczony z obrad Sejmu. Kara za występowanie w sposób
nieprzewidziany regulaminem prac izby wydaje się nazbyt surowa, choć
z nim zgodna. W odpowiedzi opozycyjni posłowie, blokując mównicę
sejmową, doprowadzają do przerwania obrad oraz uniemożliwiają
głosowanie nad dwiema ustawami, budżetową oraz tzw.
"deubekizacyjną".
Od tej chwili interpretacja wydarzeń
różni się zależnie od sympatii politycznych. Dla strony
prorządowej opozycja oddaje się łamiącemu zasady kultury i
demokracji warcholstwu, a dla opcji opozycyjnej - rząd wprowadza
niszczącą zasady demokracji dyktaturę i cenzurę. Ponieważ żadna
ze stron nie była zainteresowana kompromisem (bo też nie on
przynosi poparcie i konsoliduje wyborców), spór trwa w najlepsze i
eskaluje.
Tyle słowem krótkiego wprowadzenia. W rzeczywistości mamy do czynienia z trudnym do zrozumienia dla postronnego obserwatora, który nie styka się na co dzień z polskim życiem politycznym, zjawiskiem schizofrenii polskiej sceny politycznej. Z jednej strony mamy bowiem wyłonioną w demokratycznych wyborach większość parlamentarną, która po raz pierwszy w obecnej Rzeczpospolitej nie musi szukać koalicji, by stworzyć rząd, a jeszcze zyskuje na sile, mając poparcie swojego prezydenta. Sytuacja, wydawałoby się, zupełnie komfortowa. Można zrobić bardzo wiele i wystarczy tylko odrobinę taktu, kultury i dyplomacji. Zamiast tego mamy niekończącą się konfrontację dwóch stron i zarzucanie opozycji próby przeprowadzenia zamachu stanu. A przecież partia ta ustami niektórych swoich posłów, co najmniej od 2010 roku oskarżała rządzącą wtedy większość o łamanie zasad demokracji, cenzurę, a nawet spiskowanie z obcym państwem w celu przeprowadzenia zamachu stanu. Nie raz i nie dwa, wyprowadzała z tego powodu ludzi na ulicę. Stawała w obronie robiących zadymy kibiców, wśród których byli też podpalacze telewizyjnych wozów transmisyjnych.
![]() |
źródło: TVN24, 12 listopada 2011 |
Jaka więc jest różnica między
wczoraj a dziś? I dlaczego wobec tego ten zupełnie zgrany już
konflikt "my i oni" tak emocjonuje i bulwersuje niezależnie
od tego która strona barykady wydaje się bliższa? Być może na
rozdwojenie jaźni cierpimy wszyscy, zarażeni przez
polityków.
Oto były komunistyczny prokurator jest
szefem komisji praw człowieka, a jego kolega po fachu z zamiłowaniem
do lewych pozwoleń na broń - były minister sprawiedliwości
Grabarczyk, grzmi z mównicy sejmowej w obronie Konstytucji, którą
jego partia chwilę wcześniej sprofanowała. Zresztą także przy
pełnej zgodzie swojego Prezydenta, który jednak dzisiaj zarzuca
łamanie ustawy zasadniczej swojemu następcy, postępującemu bardzo
podobnie do niego. A jeśli spojrzymy na ulicę, by nieco jej
posłuchać - usłyszymy jak pani idąca w marszu przeciwników rządu
skarży się na obniżenie emerytur byłym pracownikom Służby
Bezpieczeństwa, argumentując, że stan wojenny nie był zbrodnią,
bo tą popełniają beneficjenci programu "500+", którzy
jakoby mają rozbijać głowy swoich pociech o ściany. Jakiś
spracowany pan z drugiej strony barykady powie z kolei, że do
przeciwników rządu zaliczają się sami byli komuniści i ubecy,
ignorując fakt, że znaczną część opozycyjnych marszów stanowią
ludzie, którzy w PRL nie zdążyli nawet wyrosnąć z pieluch. A wyliczać tak można niemal bez końca.
Uogólnienia, biało-czarne myślenie i
zacietrzewienie. Wszystko to oraz kumulacja ewidentnych manipulacji
tak medialnych, jak i politycznych, sprawia, że wielu nie tylko traci
orientację w bieżących wydarzeniach, ale też i kontakt z
rzeczywistością. Zresztą, udział w tej grze pozorów biorą nie
tylko politycy i media, ale też zwykli ludzie. Świadomie lub nie.
![]() |
Film przedstawiający młodego człowieka, kładącego się na drodze, by upozorować pobicie podczas protestów 16.12.16 - tutaj. |
Efektem jest dalsza eskalacja i
sytuacje, w których uczestnicy protestu prześladują dziennikarzy
jednej ze stacji telewizyjnych. Tak było niegdyś na Marszu
Niepodległości, tak jest dzisiaj na... marszu KOD w obronie mediów
właśnie. Rekordy obłudy od mniej więcej roku biją Wiadomości
TVP, z którymi na wyścigi idą Fakty TVN. Tyle, że demonizacja
przeciwników powinna mieć granicę. Tymczasem podanie przez
Katarzynę Kolende-Zaleską nieprawdziwej informacji o tym, że
władze zamierzają użyć siły wobec okupujących mównicę sejmową
posłów jest już jej przekroczeniem. Tak jak i oświadczenie szefa MSW Mariusza Błaszczaka o próbie przeprowadzenia nielegalnej zmiany władzy. Nie lepiej jest zresztą w
prasie, bo nie raz mieliśmy doniesienia o rzekomo potwierdzonej
tezie zamachu smoleńskiego, a teraz druga strona próbuje do tego
poziomu równać informując np. o zamknięciu przestrzeni
powietrznej nad krajem sugerując wprowadzenie stanu wojennego.
I jak tu nie oszaleć? Nie zachorować na neurosis poloniae?
Może warto wobec tego po prostu
spojrzeć na przepisy, próbując odwołać się do prawa i historii.
Regulamin Sejmu jasno stanowi, kiedy i na jaki temat poseł może
wystąpić z wnioskiem formalnym podczas posiedzenia, a w trzecim
czytaniu (a takim było przyjęcie budżetu) praktycznie nie
przewiduje się innych opcji zabrania głosu w temacie nie związanym z aktualnie głosowaną ustawą. Trzeba też pamiętać,
że Marszałek Sejmu jest jedną z najważniejszych osób w państwie,
wobec czego dysponuje szeregiem uprawnień. Niesubordynowanego posła
może przywołać "do rzeczy", następnie "do
porządku", a w ostateczności - wykluczyć z obrad. To, że
marszałek Kuchciński zdecydował się na taki krok, nie próbując
dojść do porozumienia i uspokojenia emocji, jest jego osobistym
błędem, ale nie stanowiło złamania prawa. Podobnie nie było
błędem zmienienie sali obrad z plenarnej na kolumnową (poprzednie głosowanie w niej, prowadził marszałek Grzegorz Schetyna w 2010 roku), ani
liczenie głosów ręcznie przez sekretarzy. To wszystko zostało przewidziane prawem. Jeśli na sali faktycznie było kworum,
głosowanie to było ważne. Inną sprawą jest rozwiązanie tego
sporu w taki, nieładny i naganny sposób. Żyjemy w rzeczywistości, w której - używając
metafory - do każdej muchy strzela się z armaty. Każdy drobny
problem rozwiązuje się środkami ostatecznymi przewidzianymi dla
sytuacji absolutnie kryzysowych. Z kolei każdy sprzeciw wobec
dowolnej ustawy nie odnosi się ad meritum do problemu, tylko od razu
kwestionuje całość prowadzonej przez daną stronę polityki. Takie
działanie nie pozwala na kompromis, merytoryczną dyskusję, ani
jakiekolwiek współistnienie. Tego dnia działo się wiele, ale dyskusji nad zmianą
regulaminu Sejmu w porządku obrad nie było. Wrażenie natomiast jest
takie, jakby od początku właśnie na tym polu trwała walka i choć każde uregulowanie pracy dziennikarzy w parlamencie będzie jej ograniczeniem w stosunku do status quo, to pamiętać należy, że do cenzury jeszcze bardzo daleko. Dużo bardziej restrykcyjne zasady pracy dziennikarzy obowiązują we włoskim parlamencie, a przecież od pewnego czasu nie nazywa się Włochów faszystami.
Takie stosowane z premedytacją drobne przekłamania i dążenie do sporu za wszelką cenę są dowodem na brak
odpowiedzialności i lekkomyślność. U polityków to naganne, ale
jednocześnie dobrze nam znane. Natomiast więcej można by oczekiwać
od kreujących opinie mediów, o których to wolność i komfort się rozchodzi. Nie tak dawno wzajemne podkręcanie
atmosfery doprowadziło do pierwszego od lat mordu politycznego.
Wzajemne zwalczanie się stron na pewno miało też swoje przełożenie
na katastrofę w Smoleńsku. Dzisiaj ofiarą może stać się nie tylko
jedna, czy kilkadziesiąt osób ale cały kraj. Żyjemy bowiem w
czasach wielkich przemian geopolitycznych i Europa nie jest jedynym
rejonem, który musi się liczyć z perspektywą wojny. Czas mija, a
my nadal nie uczymy się na błędach. Skoro wchodzimy w tę polaryzującą narrację którejkolwiek ze stron, to wyrażamy pełną zgodę na taki sposób uprawiania polityki. Historia nie będzie miała
dla nas litości.
Jeśli więc politycy nie potrafią
wykazać odpowiedzialnością, a media im w tym wtórują, może
przynajmniej my, obywatele, moglibyśmy wyleczyć się z tej
straszliwej neurozy i zamiłowania do chocholego tańca? Zanim się okaże, że to
nie jest możliwe do leczenia, nabyte w drodze traumy schorzenie
psychiczne, a śmiertelny wirus wścieklizny, który skończy się
śmiercią zarażonego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz