Zapraszam do cyklu artykułów opisujących krok po krok najnowszą historię Rzeczpospolitej Polskiej (RP). Zacznę od opisu upadku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (PRL), opowiem o negocjacjach przy Okrągłym Stole, burzliwych początkach nowego systemu politycznego, Małej Konstytucji z 1992, aż po ustanowienie tzw. trzeciej Rzeczpospolitej przyjęciem nowej Konstytucji z 1997 roku. Artykuły publikowane będą w każdy kolejny poniedziałek i mam nadzieję, ich lektura pozwoli lepiej zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość. W zbiorczej formie dostępne będą pod tym linkiem, tymczasem do przeczytania oddaję część pierwszą.
Jak powstała nasza obecna
Rzeczpospolita wie prawie każdy, bo to przecież historia najnowsza.
Ale czy na pewno? Z pewnością większość Polaków, nawet tych
będących w tamtym czasie dziećmi czy nastolatkami, przynajmniej
mniej więcej pamięta, o co chodziło i jak to wyglądało, bo
widziało to wszystko na własne oczy. Nawet jeśli nie wszystko
mogło być zrozumiałe, czy to przez młody wiek, czy przez brak
pełnego obrazu wydarzeń - w końcu nie było Internetu, by czynić
dowolne porównania, a źródeł wiedzy było nieporównywalnie
mniej.
Jasne, to było lata temu i pewne
informacje umysł odłożył do archiwum pamięci. Po prostu zniknęły
z naszej świadomości. Jakiś ślad jednak zostaje, np. niechęć do
tego czy innego polityka, instytucji itd. Trzeba jednak sobie
uświadomić, że między 1990 a 2000 rokiem urodziło się w Polsce
ok. 4 mln dzieci, a w następnym latach drugie tyle. To osiem
milionów obywateli, którzy o PRL nie mają żadnego pojęcia i
proporcje te będą w naturalny sposób stale się zwiększać.
Połowa z nich ma lub zaraz otrzyma prawa wyborcze i zacznie
decydować kogo wybierze na swoją reprezentację polityczną. Kiedy
więc, jeśli nie teraz, powinno się zacząć opowiadać o
początkach trzeciej RP w sposób szczery i bez ogródek?
Przeskoczmy nad latami osiemdziesiątymi
XX wieku aż do samego ich końca, podsumowując je iście
błyskawicznie. Były strajki, było porozumienie, które następnie
złamano, a później był stan wojenny, w wyniku którego życie
straciło kilkaset osób. Były aresztowania (niemal 10 tyś.
działaczy), ucieczki, przymusowa emigracja (liczona na ok. 800 tyś.
ludzi).W końcu amnestia, normalizacja i więcej protestów. Polska
obłożona została międzynarodowymi sankcjami, a fabryki stały.
Mimo usilnych prób rządzących, gospodarka powoli zmierzała do
totalnego bankructwa i upadku.
Ważne jest jedno. W tym czasie władze
komunistyczne miały pełną świadomość zbliżającego się końca,
a ponieważ ludzie ci nie byli idiotami, po wyczerpaniu wszystkich
innych opcji (w tym siłowej) zrobili jedno, co mogło im pomóc
ocalić skóry - „uciekli do przodu". Dogadali się z
opozycją.
![]() |
W. Jaruzelski i A. Miodowicz - szef OPZZ |
Jak można było przerwać ten impas?
To, że z ZSRR nie będzie żadnej
pomocy wojskowej, decydenci wiedzieli od dawna (dzisiaj wiadomo, że
Jaruzelskiemu odmówiono jeszcze w grudniu 1981 roku). Jednak
pojęcia o tym nie miała opozycja. To już był jakiś punkt zaczepienia. Szeroki ruch społeczny, jakim
była „Solidarność" (mówi się nawet, że w szczytowym
momencie należało do niej 10 mln ludzi), już w samym swoim rdzeniu
był szalenie zróżnicowany. Byli w nim dążący do obalenia władzy
i systemu komunistycznego radykałowie, ale też zwolennicy
kompromisu i szukania możliwości uzdrowienia istniejącego systemu. Może więc granie na te różnice ideologiczne, w połączeniu z groźbą zewnętrznej interwencji było właściwą mieszanką mogącą zmusić "S" do rozmów? Kiedy zmuszony okolicznościami szef MSW gen. Czesław
Kiszczak 27 sierpnia 1988 roku wystosował oficjalne zaproszenie do
rozmów, ogromna większość działaczy solidarnościowych była
temu zdecydowanie przeciwna. Oficjalne, bo poufne negocjacje w sprawie
podjęcia rozmów toczyły się już wcześniej.

"Solidarność" mogła być przeciwna, ale na apel Kiszczaka trzeba było
odpowiedzieć, tak lub nie. Więc co robić? Trwać w klinczu,
czekając na bankructwo państwa i uliczną rewolucję czy spróbować
załatwić to bez rozlewu krwi? Wbrew większości swoich doradców,
jak sam opowiada przewodniczący "Solidarności", wybrał
drugie rozwiązanie i spotkał się z ministrem. Źródła historyczne świadczą o tym, że faktycznie to decyzja Wałęsy była rozsztygająca. Tak rozpoczęła się
wielka gra o nowy porządek. Dlaczego Wałęsa postąpił w ten
sposób? Czemu zgodził się na rozmowy z oprawcą? Czy skłonił go
do tego „szantaż teczkami" czy cechujący przewodniczącego
spryt i pragmatyzm? Prawdopodobnie mieszanka obydwu i tak jak to w historii bywa, odrobina szczęścia i bezczelności. Jak było faktycznie, pozostawiam do prywatnej oceny Czytelnika.
"Dlaczego Wałęsa postąpił w ten sposób? Czemu zgodził się na rozmowy z oprawcą? Czy skłonił go do tego „szantaż teczkami" czy cechujący przewodniczącego spryt i pragmatyzm?"
Każda ze stron musiała spełnić
tylko jeden warunek początkowy. Lech Wałęsa miał wygasić
paraliżujące kraj strajki (a zapowiadało się na wielką falę
protestów), w zamian
Kiszczak miał zagwarantować, że Komitet Centralny PZPR zgodzi się
ponownie zalegalizować „Solidarność". Wałęsa zdawał
sobie sprawę, że z legalnie działającym związkiem, z masowym
poparciem społecznym, solidarnościowcy mogli może jeszcze nie
wszystko, ale już sporo.
Pozostałe kwestie były ustalane
podczas rozmów przygotowawczych w Magdalence. Na przełomie lat
1988/1989 spotykano się w tej sprawie pięć razy (nie tylko
fizycznie w willi MSW w Magdalence, ale także w tej przy ul. Zawrat
w Warszawie). Trzy z nich odbyły się w bardzo wąskim gronie, 4-6
osób. W ich wyniku, dnia 6 lutego 1989 roku zaczęły się obrady
Okrągłego Stołu. Później spotykano się już w znacznie szerszym
gronie grup roboczych, a rozmowy dotyczyły spraw technicznych i
prawnych, tego co ustalono przy kolistym meblu. Trwało to aż do
początku kwietnia 1989 roku. Oczywiście, nie obyło się bez
problemów.
Wielu związkowców nadal było przeciw
jakimkolwiek targom, ponieważ wierzyli, że system musi się
zawalić. Dzisiaj wiemy, że mieli rację, ale w tamtym czasie
jedynymi widocznymi dla nich symptomami słabości państwa mogły być takie zdarzenia,
jak poluźnienie polityki względem opozycji i słabnąca
gospodarka. Ewentualnie wnioski płynące z wizyty Jana Pawła II, Michaiła
Gorbaczowa czy zachodnich oficjeli (spotykali się też z Wałęsą).
![]() |
Robert DeNiro, Lech Wałęsa, Wojciech Fibak, Roman Polański |
Nikt na poważnie nie oczekiwał,
że upadnie mur berliński, a później ZSRR, myślano raczej o takim
czy innym kryzysie, liberalizacji i reformach. Z drugiej strony,
zwolennicy kompromisu upatrywali szansy na zakończenie męczącego
konfliktu, który trwał już siódmy rok. Ludzie byli zwyczajnie wymęczeni i zdążyli już zapomnieć
co znaczy „normalność". Teraz mieli tylko tzw.
„normalizację". Władza, mimo poluźnienia cenzury, nadal
potrafiła pokazać swoją brutalną twarz. A skoro chcieli dopuścić
nas do rządzenia, dogadać się, to i tak już sporo, no nie? A jak
się postaramy, to ich jeszcze przechytrzymy.
Komuniści z kolei musieli zyskać na
czasie. Zagonić ludzi z powrotem do roboty, uspokoić sytuację na
tyle, żeby można było wprowadzić reformy (np. ustawę Wilczka).
Te miały polepszyć byt szarego obywatela, a stamtąd już było
blisko do utrzymania się u władzy. Partyjny beton tego nie
rozumiał, ale kierownictwo miało zupełną jasność: albo to, albo
stuprocentowa szansa na rewoltę społeczną, samosądy, płonące
komitety itp. Nikt nie miał zamiaru umierać za czerwony sztandar.
Dlatego zaaranżowano rozmowy i usunięto z drogi blokujących je
radykałów. Opozycję trzeba było obłaskawić, chociaż o
prawdziwym oddaniu władzy nie było mowy. Komuniści chcieli
wciągnąć "S" do rządu, ale tak, żeby pozostała bez
realnego wpływu na sytuację. Zyskaliby tym samym legitymizację
swoich działań, zneutralizowaliby protesty i siłę ruchu, a za
parę lat odzyskali pełnię potęgi.
![]() |
Od lewej: L. Wałęsa, A.Michnik, Cz. Kiszczak (stoi). Zdjęcie z materiałów MSW. |
W końcu zawarto porozumienie. W zamian za całkowicie wolne wybory do Senatu, „Solidarność” zgodziła się na ograniczenie swobody wyboru do Sejmu - 65% miejsc zagwarantowali sobie komuniści, a 35% szło dla bezpartyjnych (czyt. opozycji). Powołano też urząd Prezydenta, którego wybierało Zgromadzenie Narodowe większością 65% głosów (czyli w domyśle komuniści; od razu ustalono, że będzie nim gen. Wojciech Jaruzelski) na 6 lat, ale za to likwidowano Radę Państwa. Dodatkowo, gwarantowano opozycji dostęp do mediów (to dzięki temu wystartowała Gazeta Wyborcza). Cała zabawa polegała na tym, że komuniści mieli doświadczenie w rządzeniu, potrafili administrować aparatem państwowym, dlatego byli opozycji potrzebni, ale z drugiej strony „Solidarność” była zawsze bliżej szarego Kowalskiego, miała ogromne poparcie społeczeństwa. Zawarto więc układ symbiotyczny. W dalszej perspektywie należało przeprowadzić gruntowne i bolesne reformy, a wina za ich koszt dla obywateli musiała spaść także na „S”.
No dobrze, mamy więc pewien ogląd
sytuacji, to postawmy jedno pytanie, taką trochę zagadkę.
"Kiedy zaczyna się wolna Polska? Kiedy tak właściwie skończył się u nas komunizm?"
Kiedy zaczyna się wolna Polska? Kiedy
tak właściwie skończył się u nas komunizm? Zastanówmy się
chwilę nad tym problemem i wybierzmy jakąś datę bez czytania
dalszej części tekstu albo sprawdzania w Internecie. Odpowiedź
wydaje się prosta i oczywista, prawda? Ale czy rzeczywiście?
W powszechnej świadomości najczęściej
wybiera się dwie daty: 4 czerwca 1989 lub 1 stycznia 1990 roku.
Pierwsza to wybory parlamentarne, które wygrywa (na tyle na ile
może, nie są przecież całkowicie wolne) „Solidarność”.
![]() |
Legendarny plakat wyborczy. |
„Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.”
Druga data, jest po prostu formalną
cezurą. W ostatnich dniach 1989 roku nowo wybrany Sejm zmodyfikował
konstytucję z 1952 roku, zmieniającą nazwę państwa z Polska
Rzeczpospolita Ludowa na Rzeczpospolita Polska, zaś orzeł z godła
otrzymał koronę. Zmiana ta zaczęła obowiązywać od 1 stycznia
1990 roku. A najśmieszniejsze jest to, że żadna z tych dat nie
jest faktycznym końcem PRL i nikt w poważnych publikacjach nie śmie nawet tego sugerować. Dlaczego? O tym więcej w
następnej części już za tydzień, zapraszam.